z listów [3]


pytasz mnie władco dlaczego się kryję
surowo karcisz ten według ciebie
brak hartu ducha jaki przystoi
wojownikowi wielkiego Rzymu
a ja odpowiadam królewskim pismem
zwiniętym ściśle i opatrzonym
moją pieczęcią tu jest pustynia władco –labirynt
dróg możliwości i lwów nie z areny lecz na wolności
leżą na skałach jak wielkie cienie

patrzysz z przekąsem jak chwytam skraj szaty
i szybko zmiatam zamiatam za sobą
tropy i ślady jak ścieram kropki jak drę papirus
usuwam plany
wyrywam całe połacie gestów pragnień i woli
wyrzucam służbę wyganiam gości niszczę kapłanów
zamykam komnaty i siadam nad Nilem
zaciskam wargi

kładziesz mi władco dłoń ciężką na ramię
piszesz rozkazy swoim kohortom i mówisz ucz się
wyjdź na spotkanie nubijskim wrogom
oprzyj się o mnie a ja się wielki cesarzu boję
tu jest gorąco febra malaria żaden wojownik
nie będzie w stanie znieść swego ciała
więc zniesie na tacy
królewską głowę

***



ciało
jego sztywność gładkość ruchomość nieruchomość
nieuchronność jasność skóry
ciało poniewierane kochane brane z miłością i bez na język
na penis na ręce
ciało

ręce czułe troskliwe złe sterane szorstkie łamliwe kruche
ręce w rękawicach w rękawach w kieszeniach za plecami
palce na krzyż ręce ze szmatą do podłogi z piórem węglem
ręce pielęgnowane od pokoleń

ciało
usta nieruchome drżące zacięte czerwone malowane niepomalowane
blade kłamliwe namiętne gorące chłodne usta
ustałe w biegu delikatne toporne grube nadęte nadąsane
po operacjach plastycznych i nie

oko
jasnoniebieskie zielone piwne ciemne jasne załzawione
przekrwione złe opatrznościowe uważne ciekawskie prorocze
znawcy mistrza okoliczność łagodząca okoliczność skazująca
przyczynek

ciało ciało znowu noga pięść stopa życiowa plecy po których można
się wspiąć lub przytulić się do nich brzuch miękki lub twardy
ciepły bolący nabrzmiały kolano kostka kostki kości
kosteczki słuchowe uszy łokcie czaszka mózgoczaszka
twarzoczaszka rdzeń kręgowy żebra serce wątroba tkanka
otrzewna płuca nerki kombinerki ja

slajdy z podróży

(Justynie i Rafałowi)

Baron wysyła mi prezentację – na maleńkim ekranie
Baron Smyku i ja na wozie i pod wozem. Wielkim
suniemy szlakiem to tu to tam zamiatamy magmę.

Baron ze swoim lekko nieswoim humbakiem
pod pachą uśmiecha się triumfalnie Smyku ze Swarkiem
/obiekt pożądania dam przepełnionych biologią ornito-
logią mężczyzn ach obiekt pożądania/ zakopuje ogryzek
w hałdzie.

Baron posyła migawki mi gnięcia okruchy lodu
kawałki lawy skrzepłej na tym co juz raz i zawsze
i już nigdy nie będzie. Smyku mówi i ja nie będę
tęsknić nie mam zamiaru a my się dąsamy miny robimy
przeciwpancerne że jak to nie bo wiemy że tak naprawdę
to nie.

A Smyku smyk smyk list śle przez listopad że to nie on
że Swarek za Baronem za Janem a tak naprawdę
za tą Islandią wygląda.

władczyni okolicznej kropki



ech na prowincji to jest w życie
czasem kom czasem bajn czasem trakt
or not tu be – turyści akwaryści błotniści
bejsboliści i bóg wie kto – nikt
nie zagląda na prowincję

dylemat chama leta-lny konopie włókna
w zębach słomy garść i w butach gu
mowanych – błoto kurze pióra kociamorda
sierść psia pogoda deszcz spłuczka urwana
a gdzie tam – sławojka

drepczę se po gumnie w sabotach sabotuję gówna
kurze co mi oblepiają podeszew twardą
jak rzyć więc jak żyć
droga biblioteczko któraś droga i drogą
mnie prowadzisz że tak pięknie
trzeba duchem co na bank banka duchem czy też ojca
z jakiejś duńszczyzny dulszczyzny

droga moja – ja (jak tenis w porcie)
nowa królowa jo - anna kurnikowa

miesiąc w kraju Październik



szlak zatarł się tuż za pierwszą górą
dalej już tylko rude listy i pożółkłe fotografie

jesień ona jest
sercem tego kraju jest jego
sercem

zdjęcie z miasta Listopad



ziemia –
stygnie a pod skorupą płaszcz jesionka prochowiec – my
pędzimy tłuste małe żywoty
pod deszczem jak pod niebem

niebo –
dach niekoniecznie chroni przed opadem a nawet jeśli
martwica dobiera nam się do języka palce
pozostają sprawne

ciało-
jest ciało jest ciało jest

lunatycy



nie stać nas na bezsenność więc przekornie
szafujemy nocą myszkujemy po łączach
w szufladach i kieszeniach grzebiemy nieprzytomnie
to co się wydarzyło – jest tylko tu i teraz

ktoś musi spaść by ktoś mógł siedzieć na księżycu
i ze skraju dachu patrzeć na gołębie
więc przez noc przez pokój nurkujemy w siebie
niepokojąc uśpioną stratygrafię umysłów

nocą jest nocna cisza a my piekielnie rozrzutni
wyrzucamy tej nocy śmiech całymi garściami
śmiech spada na głowy gołębiom (i dobrze bo ich nie lubisz)
i jeszcze toczy się echem kiedy już zasypiamy

ucieczka z miejsca



W czasach kiedy wszystkie chcą być niegrzeczne – jestem
grzeczną dziewczynką a przynajmniej
staram się być nią a ciągle jestem sobą
to tu to tam jakieś ciągi wyrzuty sumienia
do krwi i później dalej sznurami neuronów
w górę i w  dół aż jak po karuzeli mdła złość mnie ogarnia
i święci anieli biorą mnie jak diabli zawodzą do domu
w przydługich rękawach

w czasach kiedy wszystkie dziewczynki są wolne – ja jestem
powolna nieudolna zawinięta w gorset z fiszbinami
ssakowi wyrwanymi z paszczy jak pierdolony jonasz
jestem uwięziona pomiędzy żebrami gdzie już  ledwo słychać
jak słabiutki organ współwięzień zza ściany wypukuje hasła

w czasach kiedy jest moda aktów prawnych -  aktorzyna
mój mózg głowi się starannie gdzie poukrywać siebie
i w której piżamie wychodząc do miasta przemknąć ulicami
i przeniknąć zniknąć albo pozostając zdążyć na autobus
w pół po jedenastym.

Słodka pisze list tęskniący de Wstrętnemu



to kolejna zapadła jesień i w strzechy się wstrzela
dysonans naszego się odniesienia
do twoich wierszy o umiłowany
de Wstrętny

zresztą czy  i jaka tam jesień czka po krzakach
po dachach chałup pustych i nagich jak nagrobki
z wydrapanymi przysięgami – ach
obiecałeś że masz de…
przed nazwiskiem (trzykropki) nie szkodzi i choć szeptałeś mi Słodka
myślałam wstrentny

nic mnie gorszego nie spotka niż szwadrony wierszy
niż niż baryczny niż nisza po twoim imieniu

(soku malinowego łyżeczki nie liczę gdyż na jej ogonku
wygrawerowano „własność hrabiny Be”- zatem
tę i zawartość zwracam prawowitemu

znalazcy) ten wiersz poświęcam

krajobraz u studni



mój boże czego to ja bym nie chciała
i w prawo i w lewo i na kolanach
do nieba chciałabym mój boże

a tu mgły a tu gęsi lecą gęgają
a tu psy psioczą i jodłują jodły

los podły nakazuje stój a później idź
w kierat do studni po wodę
przebierać fasolę wyłuszczyć fasolę

na stół jak kawę na ławę wysypać
sypnąć piaskiem żarem prosem prostotą

z losem się nie brać za bary i nie żartować
z barem nie chadzać pod rękę za rękę
i nie zaręczać że się jest żywą

wodą mój boże jakże ja bym chciała
upłynąć wartką głęboką