trrr trrrr



to ani szekspirowski słowik
ani skowronek ani nawet dźwięk
który przynosi poranek lub spokojną
noc –to brzdęk

elektronicznego zła
tłuczonego szkła 
i za każdym razem mojego

serca

mechanizm



Bo chodzi o to by od siebie nie upaść za daleko


daleko jest nam nawet jeśli chcę a nie chciałabym
nawinąć na nadgarstek odległość ukochać
bez względu na los i przyczyny – upada.

może gdybyś był ufniejszy może gdybym ja
umarła

orogeneza



pomimo ciszy trwającej zda się
od zawsze pod powierzchnią wrzało
nasze płyty książki filiżanki
nieustannie się przemieszczając
naciskały na siebie i wypiętrzały
zewnętrzne warstwy a z czasem
całe masy skały skorupy

i ciężko powiedzieć kiedy
wyrosło miedzy nami pasmo udręki
a może łańcuch przyczynowo-skutkowy
a może jeszcze inaczej – góry możliwości
tylko się spiąć i wspinać

żaden tam wulkan niszczący wszystko
w promieniu rzutu treścią
wylaną wprost z ziemskich trzewi
- ot lita spokojna niewzruszona skała
do której z różnych stron bezskutecznie
podchodzimy jak jacyś mahomeci

Gargas




żyjemy w zapomnieniu
od czasu do czasu
ktoś się przyśni ktoś
nadal nie zadzwoni – to nic

coraz mniej boli
zostawiony na policzku ślad

dłoni