Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krajobraz ze snu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krajobraz ze snu. Pokaż wszystkie posty

nie wiem

nie wiem chyba chodziło o księżyce
jakieś pluski szmery szelesty jakiś sad jesienny
zupełnie nie wiem co nas napadło co pokonało
co się przedarło jak zwierzę przez tkaninę gestu
pożarło i sobie poszło

bo może to chodziło
o jakiś szczególny rodzaj spisek zapachów w powietrzu
gnijących jabłek i liści i rdzewiejącej trawy
może to stąd to pośpieszne głośne tykanie serca

nie wiem może to poszło
o niepoprawny listek
co się przykleił niebacznie do zapłakanej szyby
lub trawy we włosach ździebełko
lub rękawek sukienki
nie wiem naprawdę nie wiem

nadchodzi śnieg

niebo jest liliowo-szare dym słania się
liżąc stopy kamienic samochody niewidzialnie
tratują niewidzialnych przechodniów – przystanek
jakby się zebrał w punkt wszechświat nagle wetknięta w krwiobieg
jak szpilka koncentruje się
w punkt w tym całym hałasie
ciekawa jestem czy mnie widzi
dziewczyna w chustce w eskimoskie wzory
ciepła jakby mogła ogrzać świat swoją przyczyną
dla której i z której powodu istnieję na jej drodze
na tym samym przystanku gdzie nie dalej
jak wczoraj sześciu łysych tłukło swojego kolegę
za tę chustę
można by się schować i powiedzieć nie ma słońca
nie ma światła i nigdzie się nie ruszać
a śnieg będzie padał i przykrywał powoli
całym swoim ciężarem – zbuduje kopczyk
maleńki pagórek w którym jak we wnętrzu ziemi
będzie cisza i spokój pełna niewidzialność
poruszeń
kończę pierwszego papierosa czyli dokładnie to
co robi się na przystanku. myślę o dziewczynie
o jej chuście jej łysym kochanku o kopczyku śniegu
który właśnie nadciąga nad miasto

kolej

pociąg relacji Mężczyzna- Kobieta
odjedzie z peronu
czy odjedzie?

opóźniony
przedwczesny
o czasie
nie wskazującym
na spożycie
konsumpcję

pasażerowie śpieszą
który tor
Informacja myli się
krztusi
nie pierwszy raz
niewyraźnie mówi

ta nie pojechała
w odpowiednim kierunku
ten nie wsiadł
rodzina w przedziale wiekowym
gwarantuje cichą podróż i nie otwieranie
okna

w wucecie metal masakra
tłoczą się
pod drzwiami spragnieni
samotni
i ci
którzy zwyczajnie chcą spokoju
albo miłości prawdziwej

pociąg relacji Kobieta- Mężczyzna
Spółka ZOO

dziwny rodzaj uczucia

to dziwny rodzaj uczucia
las - w środku
cicho jak makiem zasiał
ani szelestu tylko za ścianą
drzew
stłumione dźwięki
rozmowy chichoty śpiewy

za ścianą drzew

to dziwny rodzaj uczucia
ścieżka- nieuczęszczana
od dawna zgubiona w trawie
cichej jak posiał makiem
i przeźroczystej

rozmywa się na ścianie
drzew
każdy powidok ścieżki
nasłuchujesz szelestów
i widzisz światło jak pada
z góry
i na tej arenie

ten dziwny rodzaj uczucia

nocne biuro

kiedy odblask lustra usiewa plamkami
twoje nocne biurko – sięgnij aż za cień
i pociągnij mocno to co się tam kryje

to dziwna godzina możesz się obawiać
tego co wyciągniesz możesz cofać dłonie
i zaciskać palce w bojaźliwą pięść

uszczypnij się mocno uchwyć nieuchwytne
złap za krawędź lustra za jego odbiciem
i przenicuj obraz jednym gładkim ruchem

to co się tam kryje nie jest ani straszne
ani tez groźniejsze od tego w pokoju
kiedy odblask lustra upada na biurko
ciemna linia deski staje się granicą

możliwości

wszędzie jak okiem
sięgnąć
tylko woda
poziom zero
morze jest srebrne
z kaskadą światła
słonecznego
marszczy taflę

płynę po nic
samotniejsza niż zawsze
kołyszą mną fale
płynę po nic
po co płynę
nie wiem

dworzec tymczasowy

to jest dworzec tymczasowy
strzeż się pociągu
podróżny i ty przypadkowy
przechodniu

to dworzec tymczasowy
na jakiś okres chwilę
na ten moment kiedy
pociąg cię wypluje
i połknie

torowisko – trakty biegną
a dworzec stoi stoją wagony
powietrze się nie przesuwa
i ty nie ruszasz
z miejsca

dworzec tymczasowy
dla nieudaczników
pracujących madonn z i bez dziecka

tymczasowa poczekalnia
tymczasowa kasa
z ponurą bileterką
rodem jak z teatru
która wpuszcza na spektakl
za dodatkową opłatą
krzesła

siedziska dla podróżujących
bez bagażu dla tych
z bagażem osobny przedział

dworzec tymczasowy
strzeż się pociągu
strzeż się zbyt wielu
spędzonych tu
dni

wcisnąć guzik

głupie to – wciskam guzik „nie kocham”
i idę do swoich zajęć które tylko ja
mogę poprawnie wykonać

to bez sensu – wciskam guzik
i logika porządkuje mi w głowie
sprząta wszystkie idiotyczne kawałki
i razem z nimi instrukcję
co się tam niechcący zapodziała
(jak mam teraz do cholery odpalić tivi!)

w każdym przypadku guzik jest konieczny
bo można wyłączyć z sieci niektóre elementy
które do tej sieci są jak pięść do nosa
albo wkurwiają tak że już nie ma siły

przycisnąć tak że już brak tchu tak dusić
aż się cały ten świat rozkraczy rozplaśnie na plamę
i zjedzie po ścianie jak wielka czarna dziura
tylko bardziej płaska

zgnieść do grubości ciasta na dobry makaron
a później go na talerz i nawijając widelcem
kręcąc guzik przy koszuli - spożyć
kulturalnie jak cywilizowany człowiek

zeznanie

można tak przyjąć –
jestem nomadą
koczującym po deskach podłogi
labiryntach dywanu
nie mam męża
narzeczony zwiał (kochanka
nie szukałam)

jestem córką umierającego
plemienia
imię moje nieznane
i już tylko ja je pamiętam

bracia i siostry
przychodzą do mnie po driakwie
maść na odciski
na chorobę wielbłądów
zioła do oczyszczenia
rany

zabawne że po latach
zdobyłam się na spowiedź
przed kapłanem

nieszczególnie wierzyłam
w jego wiarę
ale jako że jestem sobie panią
potrzebowałam
by ktoś obcy mnie słuchał

nie nie liczyłam na
rozgrzeszenie – wszystkie moje
przewinienia znam i lubię
żadnego się nie wypieram

więc na co
zaczęłam prosto
od początku
- jestem nomadą
usłuchał

a później wstał i wziął mnie
za rękę
powiedział do mnie cicho
- idź i nie grzesz więcej

materia

krawaty parasole przechodzimy przez siebie
ulica deszcz mgła lepkie sukienki kieszenie
groszki tandetne marynarki wojenne nastawienia
lizaki policjantów światła

odbicia lustra mokry asfalt
szarość czerń i biała farba – ślad
znak
wskaźnik drogi zakaz ruchu zakaz wymijania
zakaz parkowania zakaz zatrzymywania się

czapki daszki chustki do nosa nosy usta oczy
wlepione w punkt zbieżności ruchy gałek ocznych
(nieświadome) wahadła siatek teczek torebek
stawy kolanowe ugięte i wyprostowane

odbicia w stawach lustra mokry asfalt
ołów i czerń i farba – czerwień pomadek
pasków od zegarka kapelusze

koszyki starocie bibeloty niesione ostrożnie
galerie witrynki sklepy mercedesy szyby
pleksi salony spa makijaże wojenne
malowidła ścienne

odbicia lustra ja mokry asfalt
czerń rdza farba totemy

drzwi w moim domu śpiewają jak humbaki

drzwi w moim domu śpiewają jak humbaki
może właśnie na nich da się
dopłynąć do Alaski

a może to pieśń rybacka
chcą kogoś złapać złowić
w swoje macki między skrzydło a odrzwia
jak drzwi ścisnąć

albo to pieśń godowa
bo niby para a są takie samotne
nawołują się przez drzwi
korytarze pokoje

drzwi w moim domu śpiewają jak humbaki
śpiewają pieśń humbaków i jestem przekonana
że od Hawajów aż po Alaskę
inne humbaki odśpiewują im

sennik

ca-
łuję cię na do-

branoc – zachłanna noc
pełna niebezpieczeństw

możemy się odwrócić
od siebie
możemy zahaczyć
kolanem
jedno z nas może wstać
gdy drugie będzie nadal
leżeć

śśś
ci-

skam cię przed no
cą – kochanie
każde połączenie
rozstanie

kosmaty koc z frędzlami
kołdra poduszka puszka
czaszki

ciąży w naszym posłaniu

dzień w którym wezwano zegarmistrza

to był dzień w którym wezwano zegarmistrza
pozytywka zatrzymała się w pół obrotu
a źle oświetlona ulica wyprężyła do skoku

coś pękło

urwało się jakby w rozgardiaszu
nagle krzyknąć i opaść bez tchu na krzesło
coś się zatrzymało i my się zatrzymaliśmy

żadna z krążących figur nie dotarła
do swego celu – szopka kościółek chatka z kolacją
bezradnie kuliły się popatrując na ulicę

a ona sączyła się przez drzwi i okna
waliła się ze smrodem asfaltu – czarnym cieniem
wymazywanym spod krawężnika
lepiącym usta i oczy

tak to był na pewno dzień w którym wezwano
zegarmistrza – przydreptał niepozornie
jak siwiutki gołąbek a kiedy jego cień
urósł do rozmiarów bramy
podniósł ręce jak mag i wielkim głosem

zaklął czarnego węża żeby się zatrzymał
przywrócił przestrzeni swobodniejszy oddech
i kiedy położył dłonie na mojej głowie
weszłam do szopki - pozytywka ruszyła

majaki

tego maja jak nigdy nie było
rzecz gdy mija już nie wraca w biegu
maj jak wyspa nawet nie istniał

były bzy przemoczone zlepione
ciężką wodą jak srebrnym ołowiem
niby słowik gdzieś srodze się trudził
niby słowem

bezimiennie się w dni przelewały
bez zapachu bez blasku bez cienia
mdłe księżyce przez próg przetaczane
w beznadziejach

tego maja już nigdy nie będzie
rzecz przelana nie dotrze do źródła
nie zaszepce ni w liściach ni wietrze

wojna

kolejna wojna – przeciwnik
tym razem jest z tej samej wioski
zna teren
wie jak unikać zasadzek
wie jak się podkraść
niepostrzeżenie

kolejna wojna- krwawa
jatka z rozdzieraniem szat nerwem
mięsem armatnim

zbroją się oddziały
we mnie
rosną flanki

tam gdzie ich dotąd nie było
gdzie nie było granicy
pojawia się kolejna wojna
autoimmunologia

porządek na czas martwic

przymierze

przymierzmy dłoń do obrysu (miejsce – jaskinia Gargas)
przymierzmy tak by się zmieścić i ani pół palca nie wyjść
za przeznaczone
miejsce które oblewa farba

w jaskini chłodno a nam w głębi
czaszek igrają światła
i przenikają na zewnątrz wraz z gęsią skórką pamięci

jak w święte patrzymy w to miejsce
jak w ludzką dłoń w obrys czasu
patrzymy w ścianę jak w siebie
w myśl zawieramy przymierze

list

o czym można powiedzieć kochany z dalekiej Syberii
wieki już mówią ba skarżą się dziewczyńskim głosem
tos z ziemi Jukagirów jest nadal żywą łzą na korze
brzozowej głos spisany odrębnym językiem

od wieków kora stanowi najlepsze podłoże
do przesłań i głuchych kołatań za pomocą linii
splątanych w zgrabne znaczki czy zdobne hieroglify
czy też jak w tym przypadku najprostsze obrazki

o czym ci mówię w tym liście tnąc równoległe karby
krzyże więzów zacięte czy nadal to rozumiesz
jak krążą moje myśli gdy ponad prostym znakiem
rysuję pętle

dywan

najpierw trzeba było przeciąć sobie przejście
w gęstej chłodnej mgle zanim promień słońca
liznął pierwsze ciała leżących na ziemi
tęgich wojowników – każdy w pełnej zbroi

było ich pięćdziesięciu może trochę więcej
może był tylko jeden nie pamiętam dobrze
bo każdy mógłby sam starczyć za całą kohortę
gdy śmierć zaostrzyła mu bezbronne ciało

później szliśmy wśród bestii strasznych hipogryfów
drących pazurami strzępy drogich tkanin
barwionych koszenilą jak gdyby wiedziały
że do tego królestwa na środku dywanu
wejść można tylko w strachu i zupełnie nagim

gdy droga powężała otoczyły nas ciche
ufne wielkie jelenie z miękkimi pyskami
a ciepłym oddechem budziły nam na karkach
lodowate dreszcze – pokłońcie się ziemi
przed tym co nadciąga przed tymi co polecą
z wami na dywanie i lecieć będą zawsze

krążyć dookoła w spętlałej przestrzeni
szerokiej bordiury – granicy zaświatów

weszliśmy w salę środka stworzoną z kwadratów
liści dziwnej rośliny znanej tylko Urartu.

o wielkim i małym prostym i kolisytm

a było to tak
- Rabin Mandelsztam
siedział dostojnie
nad rzeką

i uroczyście mu płynęła
gdy Rabi dostojnie czekał
Rabi zaś nurzał dostojną wędkę
w dostojnie rzeczne wody

siedział tam sam jak wielki Pan
przykazał
żeby łowić

więc łowił spokojnie
a łowił dostojnie
czcigodnie czas utracony

i siedział tak sam jak wielki palec
odłamany od dłoni

i było też tak że ryba
zdaje się zwykła
płotka
przeskoczyła przez kijek
wędki prosto do środka
cebrzyka u stóp Rabina

-aj starym jestem grzybem!
wykrzyknął Rebe
łowiłem czas
by złapać prostą rybę

***

to nie samotność
to raczej może bezsenność
ale przecież to nie bezsenność to tylko
księżyc za silnie świeci w okno
fałszywy neon

ale to nie księżyc to raczej wiatr
uderzający chociaż to nie wiatr
to powietrze
nazbyt gęste duszne

ale to nie powietrze to myśl
uparta nieusuwalna niezmordowana
choć tonie myśl
to nie samotność
to nie samotność