Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stare. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stare. Pokaż wszystkie posty

brojglowo

umieszczam cię w pejzażu
z nurkującym Ikarem
wśród postaci posłusznych
przymusowi spadania
albo nie

umieszczam blisko ziemi
błąd perspektywy – odwrotnie
nad atmosferą wilgotną
co kulę połyka jak jajko
-wodą

próbuję światła tutaj
żeby się nie powtórzyło
zawsze tam gdzie nas nie ma
a jednak to niemożliwe
bo nawet tu
zachodzi

obraz smutku na spokój
pogodzonych z naturą

zupełnie nie dotykają krople tej srebrnej wody
i bruzdy nazbyt żyzne
w parze z królewskim szkarłatem

dziwny cholerny Bruegel
jak dzielić światy odkryć
zanim machając rękami znalazłam
lecąc jak Ikar
ty siedzisz obok wędkarza
inaczej

nie jest spokojnie

z baśni

nie chcę już żadnych pazurów w wierszach
ni srebrnych sopli
pustka niech wokół nastanie śnieżna
krwi kilka kropli
dziewczę o cerze białej jak śnieg,
ustach jak krew, włosach jak heban
wrzeciono tak mam opanowane
by się złej wróżki nie bać

gepardy

oczekiwanie, uszy po sobie
czujna źrenica
mięśnie
zwrot szybki
skok
do gardła
krew na palcach
życie sawanny betonowej

Yin

część trzciny
myślącej I-ching
rozsypało moim powodem
chęć wejścia znów w nurt

bez białej plamki na rybce
w ogrodzie zen
być może ze względu na umiarkowany klimat
dziś brak mi światła

nadwisanie

lubię pociągami przejeżdżać przez mosty
lepką chwilę zwiesza nitka nad nie byciem
nagłe kołysanie powietrza rozmycie
z wizgiem w trans pajęczy wdziera cienkim ostrzem

krótkie zawahanie jakby trzeba skoczyć
żeby się oderwać od wąskiego toru
choć za koła trzyma stalą wśród rumoru
zawsze jedna szansa że nić się przekroczy

i od dudnień złomu uwolni jak rzeka
co pod wszystkim obca niewzruszona bieży
zerwać się ogniwem stalowej uprzęży
ale już za mostem
następnego czekam

tabliczka

za siatkówką oka psy
bezpańskie
rozpuszczone
hektolitry mazgajstwa
wysoko i niskoprocentowego

nerwoprowadnica
łańcuch dla obrazów
a słów kaganiec

po pysku można dostać
za bicie się z myślami
to czego nie oglądam
nie kończy się na
i nie zaczyna więc

nie wyglądam
na wzorowe gospodarstwa

tkacze potyki

zupełnie niepoczciwe tkaczko
ten brak ochoty
na rozsupływanie węzełków nieuważnej
osnowy splątanej przez pociągactwo
do tej pory raczej ją wlokłam

nie będę nurkować pod kołdry
żeby sprawdzić dopuszczalne istnienie
pozrywanych wątków w cudzych oczach
niech to nawet będą frędzelki
zaplecione w przypływie roztargnienia
(może zuchwalstwa)

naprędce związane co się ciągnęło zanim
ktokolwiek się obejrzał machnęłam kłębkiem
przez okno siedzę nad śrubokrętem
daleko mi dziś do tkactwa

ukrywam czułki

na trawie świat niepotrzebny
szczególnie powyżej pasa
kiedy się robi spiralnie
odkrywam miękkość

nie chcę badać
szukać nowych portów
żeby się podpiąć
phi tam
jestem powolna

temu rytmowi
dymów snujących się nad ścierniskiem
wkrótce przyśni się zima
to już dziś chowam

wieki średnie

chcę być zwodzona jak most
więc mnie okłam
rzuć nad miastem do którego jadę

później unieś
i chociaż znowu nie trafię
chcę dostać nowego spojrzenia
jak rumieńca

nawet gdy skończy się nocą
w rękawach domu wariatów
podobno płonął
tylko nie można przerywać kładek

a moje miejsce już od lat
przywiązało się do liczenia baranów

żywa woda

srebrnie tak ulewliwie tak
na mnie zrzuca garście
opalizujących pereł
jedna za

drugą
pukają w ramię -nie używam
parasola i kaskady
chłodnych myśli
przylepiają mi sukienkę do ciała
ciepłego

tak
każdy wiersz się trwoni na darmo
bo ile mogę złapać w dłonie
z tych strug co po
skórze

zostaje tylko podnieść głowę
nabrać wody w usta rozważniej
wybierać złoto
lecz czy to nie zachłanne

tymczasem srebrna strużka
maluje joanny kształt na dziś
i na najsmutniejsze nawet jutro

ale

czy stojąc w deszczu wypada
wspominać o wilgoci
w moich oczach

(03.07.06)

Lulian

mój kot Lulian to wim że dobrze potrafi
wiersze pisać rymowe jak ten facet z Łodzi
nie pamiętam dokładnie jak facet się wabił
ale Kota Luliana mało facet obchodzi

Lulian woli biedronkom kwiatkiem za bukietem
chować się to i owszem wiązać raczej rzadko
walców także nie lubi walce są za ciężkie
woli pacać w świat miękko szarą bystrą łapką


(02.07.06)

koleiny

wybierając sobie kolejny
pociąg do wędrówki
liczę najpierw uważnie wagony
czy zdążę wrócić ostatnim

już nie wsiadam w stacje otwierane na oścież
jakoś nie ufam zalotnym
okienkom z uprzejmą na zewnątrz fryzurą

pociąga mnie tamten żebrak
za sobą jak po sznurku
idę zostawiając
otwartą gębę na przydrożu

bocznica przewodnika
ma tyle ze świata
ile ja w całej mojej wędrówce
nie zmieszczę

na podwórku mojegoego

pyta mnie czasem
czy to mój egocentryzm a może bycie złym
człowiekiem stawia karty z domku na nosie

trawa to trawa
garść ziarna pod płotem
jest tylko garścią ziarna choć nosi
zalążek twego i mojego głodu

tak chcę odpowiadać
nie mierzę z ciekawskimi
jeszcze łatwiejszej drogi możliwości

rozpuszczony tlen
jest nieprzyswajalny
podobnie jak myśl rozcieńczona
i należałoby zrobić przerębel

proste narzędzia
jakkolwiek mało lubiane
mają łatwiejsze widoki na dziury
zrobione lepiej niż reaktor atomowy

staram się cofnąć za siebie
jeszcze raz obnosząc po ludziach
taki samotny kieliszek
może choć jeden udać toast do końca

Zupełnie proste rozwiązania

Mój kot to litera Bet-
drukowana gdy siada na wannie.
Zawsze mnie ciekawi,
co dano mu z mądrości Kabały.

Wpatrzy się w jakąś godzinę.
Dokąd podąża ta woda?
W wannie woda nie płynie,
mówię rozbawiona pytaniem.

A on mrużąc oczy
zupełnie nie po hebrajsku,
odpowiada. Głuptasie,
myślisz czasem o rurach?

taki to nektar

utopiłeś mnie w swoich pomysłach
proponując polanie wodą
w celu zlikwidowania ładunków strachu

czy dobrze że jesteś
zawsze dwuznacznie
choćby plazmą do mojej śmierci
albo twojego zawsze

pytasz kim jestem ja
piórem chcę pozostać odpowiadam
bo sama nie chcę nudzić się na głowie

razem odgniatamy poduszki w szafie
z góry dołu nie wolno
wołać pomocy

milczę jak stary pies zatrzaskując imię
pomiędzy drzwiami lodówki
którą się karmiliśmy jak miłością
podobno rzymską opacznie rozumianą

agresja odbija wszystkim
jakkolwiek nie byliby starzy
kupując na własność cudze tajemnice
stajemy się panami powtarzania słów
przez czyjeś zęby i szelest papierów

teraz zostanę niechętna odejdę pewnie na chwilę
nie z braku czasu ale dlatego że
moje pocałunki w zeszycie się marszczą

świty do zapłacenia

te poranki brakujące ciebie
jazgotliwym słońcem boleśnie
cierpkim jak wołowa krew w głębi
ściśniętego gardła

kolejny kubek nonszalacji rano
moje antidotum
na skoszoną trawę polne maki
gniazda jaskółek

chwytam się nowych ram okna
wariacko stąd wypatrzeć
która to już u ciebie wenus
odbita w horyzoncie

śniłam dzisiaj jaskrawo
księżycem twarzą jak srebrnik
modliłam łaskawą nieprawdę
że na chwilę przyświeci mars

Skąd się biorą cynowe wiadra III

(wiersz dla Jacka Muchy)



Podstawiając pałąkowate przeszkody
uciekało przede mną wiadro
w czysty surrealizm

Zaczepiona za ramkę twojej wieży Babel
dyndałam niemożliwie, kalecząc
jednocześnie sto trzydzieści pięć języków.

Co ma wisieć- wisi, wesoło się roześmiałeś,
nie wymyślisz tu panna prochu.
bo wisząc na językach można stracić magię.

Z twojego powodu umiem teraz zamieniać w cynę
każde słowo i złoto.
Ciekawe co na to pismo? Na najnowsze przemiany?
-W kwestii oślich uszu, ono zawsze spada na cztery łapy.

przenośne porzucenie

już mnie nie chcesz dosięgać
szpetnie milczysz że gorycz
że oczy niebieskie
i że metaforycznie już mnie przeżułeś

skórka brzoskwini ciągle drętwieje
pod wędrującym palcem
wskazuje mi winy
owoców które właściwie jeszcze plamią ci policzki

bezbłędnie rozpoznajesz kryształy soli
umiesz wybrać popiół z grochu
tylko jednym oddechem
ale zaznaczasz że nadal usiłujesz być tu adamem

pole miki

przed złotonośnym polem
trudno dziś spotkać głupców
chętnie zebrałabym czterech lub siedmiu
zobacz córeczko
tak się nie je, tak się nie szczeka
tak się nie chadza do komunii
świętej

podnosząc pojedynczy kryształek miki
każdy tu mądry gdzie moi głupcy
pytam mamo od kogo będę się uczyć
jak się podrywa do lotu
jak szyje kaczkom buty z firanek
szydełkiem

odkrycie miki jest najwyższą próbą
popatrz córeczko nawet się nie starałaś
tak ładnie śpiewasz
w duecie niech pan tam wyżej nie głuszy
dzwonków na czapkach

o(s)kruchy spod stołu

gryzę suchary własnej głupoty
już prawie nauczyłam się latać
a teraz siedzę pod stołem
idiotka - latałam już prawie jak wiatr
wystarczyło tylko unosić równo skrzydła
ale głowę mieć pochyloną
więc w końcu wyrżnęłam łbem w gwiazdy
pycha nauczyła mnie pokory