Karma wraca...

Żegoty 24.02.18, cienkopis i kredka ołówkowa

platoniczna miłość



z niej nic się nie urodzi
nie wyrośnie drzewo nie będzie płaczu
nad dziurą w piasku – ona sama

jest jak dziura najpierw się w nią wpada
później długo leci samotnie i ląduje
nogami do góry

siedzi się chwilę później i wybiera
suchy żwir spomiędzy zębów
i wtedy można już zgrzytać

albo zasilić kolejnym wierszykiem
niezliczone rzędy poetów

ecce



wcale mi się nawet biec nie chce a tobie
jeszcze bardziej nie ja to widzę i słyszę ecce homo
nikt nam nie powiedział wiem ciągle nie wiadomo

gdzie ma dociec a nawet jak startuje człowiek
wykopany gnat jeden a drugi wyciąga
ten co bliżej lub dalej od punktu odniesień

jesień to jest grawitacja żółte liście pociągów
długie grube dżdżownice biegnące gdziekolwiek
by hen za horyzont raz zdarzony i jasny
z czemadanem walizą i workiem płóciennym

gdzieś gdzie wreszcie sprawy trybem jakimś żelaznym
skute jakby nie spojrzeć milczeniem nikczemnym
gdy się może biec nie chce a nawet  nie wolno
a wszyscy naraz chcą iść i kurwa idą / prostą ścieżką polną

myślisz



myślisz
musisz żyć
tu i teraz a gdzieś tam
upada kolejny schemat
człowiek ostatni przedstawiciel
gatunku który nic nie znaczy
którego nie znasz chociaż jest
brakującym ogniwem

i już za chwilę
zniszczy twój świat
nie taki
jaki znasz – jego brak

zniszczy

każdą okoliczność połączenie

myślisz że jakoś musisz żyć
a codziennie
umiera gatunek za gatunkiem
każdy kawałek
ciebie