tabula rasa



to tylko zwykły kawałek papieru
może być wszystkim tylko podejdź
statkiem o egzotycznej nazwie listem
do ukochanej świstkiem skazującym
na śmierć i życie – linie

to tylko farba a trzymają nas w ryzach
karbach równego pisma jak dzieci
z wyciągniętym językiem smarujemy
kolejne szlaczki szlaki wciąż wierząc
że sroga nauczycielka tego języka
pozwoli nam wreszcie odejść od pulpitu

popatrz to zwykła kartka część drzewa
niosąca w sobie pieśń świata – może być wszystkim
latawcem czapką klauna karteluchem
sekrecikiem wsuniętym do jej tornistra
śniadaniowym papierem wartościowym
zatłuszczonym masłem rybą w tomacie

może być parawanem japońskim wachlarzem
śmieciem osobistym dowodem skazującym
i światłym wyrokiem sądowym na wszystkich
(nie*) piszących

pęknięcie



przed oknem przedefilowało mi zaćmienie księżyca
nie widziałam byłam zakopana pod zwałami kaszlu
tivi i głuchych  kocyków ale zdał mi telefoniczną relację
kolega a później fejsbuk – podobnie jak z otwarcia
nowego przystanku w Tłokowie (tak jest taka miejscowość
tuż za linią wzgórz) czasem tamtędy przeganiałam rower
składając uszanowanko świętemu Rochowi patronowi czegoś tam
czegoś tam

świat pomknął dalej ale fragment pochmurnej pogody
został we mnie i kiedy usiłuję go wykrztusić
zahacza o splot słoneczny i nie chce opuścić pomieszczenia
nie chce połączyć się ze swoją macierzystą komórką
światłem świata

niedobrze jest nosić w sobie nielegalnie zatrzymany
strzęp podczas gdy wszelkie zjawiska i cudowności boże
dzieją się już za oknem już teraz pewnie niepełne
przez nieobecność  może nawet nadgryzione

dla dojrzałego jak ser serca to chyba najpiękniejsza pora roku



a gdyby tak zakraść się już na stałe
do jesieni – nie szarpać – zamieszkać w niej
w złotych pająkach słońca fluktuacjach
mgieł zimnym porannym brzęczeniem nieznośnej
muchy i kojącej ciszy światła – pleść  (upleść?)
swój świat w koszyku babiego lata

pozamykać wszystkie drzwi otwarte na upał
i surową zimę serca - otoczyć rękami
najmniejszy z możliwych widnokręgów
dać się określić opisać
jednym kołem
jednym słowem

kobiety z ciała Ziemia



moim przyjaciółkom

cała ta krucha planetka
na której stawiał stopy wody pod kilem
i mełł ziarna piasku pramężczyzna
Adam cała ta niepozorna bryłka
samorodek skalny collage
lodu ognia i kuchennych naczyń

jest wasza panny mężatki
z odzysku swawolnice gwiazdy
zaranne za wieczorne za mocne
przewodnie południce świętojanny

niech wam nie bije dzwon a dzwonek
polny wysłuchany waszym czułym uchem
niech będzie pod waszą ochronę
wy które leczycie koicie ból zwijacie
dywany jak horyzont kiedy należy przenieść
dom razem z ogniem i dymem

wasz jest dym i ogień i drewno zbielałe
aż do ości polerowane solą morskich
łez w oku kością niezgody i miękką
nicią porozumienia w koszyku na robótki
szydełkowe

chwała wam kamyki świata skóro ciała
niebieskiego śpiewie ptaka chwała wam
i niebo nad wami wszystkimi jak jedna
chwała  Ziemia