albo

 albo iść prosto pod drzewo tuż po wielkiej ulewie
tylko dlatego że się zachciało czereśni
albo nie iść – raczej iść bo myśl o tych czereśniach
straszniejsza jest od deszczu na karku
od całkowicie przesiąkniętej dreszczem
koszuli od wody w kałuży tuż przy łóżku 

albo jechać do pracy strojąc sobie miny
pod chirurgiczną maseczką z precyzją pajaca
nadziewać ludzi strugać z nich wariata
takiego co jest jeden prosty ale złożony
z torebek kapeluszy parasoli i siatek
w całkowitą i niepodważalną kratkę 

albo na przykład położyć się zupełnie
obok kogoś obcego kompletnie i nieodwracalnie
a kiedy się już porządnie nastraszy uciec
starannie i skrupulatnie i zamknąć drzwi
od środka na co najmniej dwa klucze
żeby za nami nie trafił jasnym szlagiem
ani z pismem urzędowym co gorsza

albo jeszcze można
siąść przy biurku konkretnie po turecku
i paląc fajkę wyciągniętą z jakiejś szafy
pisać jakieś tam niestworzone dyrdymały
pakować je w koperty po jakieś
powiedzmy dziesięć kilo i próbować nadać
im jakiś sensowny sens żeby choć poczta
mogła je zważyć

bułeczka z masłem

 zostawiłeś rano na stole
najpiękniejszy list miłosny

w żadnym razie

w żadnym razie – widzę że każdy z was ma
te same co ja problemy choćby nawet one
miały dotyczyć dzieci a ja nie mam dzieci choćby nawet
miały dotyczyć psa – nie widzisz?

 jest źle – jest licho i nie ma tak że
gdy przyjdzie zdzicho to się jakoś uklepie
tak nie będzie się samo nie zrobi choćby
i do nairobi posłał po misjonarzy
to się nie zdarzy się nie zje z dżemem czy bez
z wiarą czy herezją czy z nutellą bitą śmietaną
ubitą pianą w żadnym razie
nie


susza

 Przez otwarte okna z mieszkań wylewał się żar i podnosił sukcesywnie atmosferę na placu.
Ludzie, którzy uciekli z rozpalonych salonów i gorących sypialni, gromadzili się pod rachitycznymi patykami w nadziei znalezienia choć odrobiny wspomnień, tych z opowieści babek, ojców i starszych ciotek, że kiedyś był jakiś cień, jakieś liście, że drżano również z chłodu, nie tylko wtedy, kiedy wyliczanka padła na sąsiadkę, brata, na współlokatora. Atmosfera ponurej niezgody gęstniała zatykając czopami wyschnięte gardła. Na próżno.