świt

 księżyc zanurza pysk w srebrne rżysko
powietrze szklaną harfą dźwięczy
i my zgubieni przed bladym brzaskiem
my pobrużdżeni my poranieni

zapasy zwątpliwości


 cienkopis na kopercie z rachuniek. październik 2021

prawdziwy cmentarz

 to jest prawdziwy cmentarz
kiedyś jeszcze można było go pomylić
z miejscem zadumy albo spoczynku
teraz hula tu wiatr grzebie 

w sztucznych płatkach wiecznych
bukietów rozwiewa nadzieje
na święty spokój
na modlitwę konarów
niezłomność korzeni

to jest prawdziwy cmentarz –jego mieszkańcy
przestali
mnie odwiedzać i niewiele istot łączy
tlejące duchy z materią powietrza – ci
co sadzili te drzewa nie mogą ich bronić
te drzewa przez nich posadzone
już nie obronią ich


pocztówka z kamienicy

 schody kręte aż do samego piekła
w którym mieszka smutna rodzina diabła
diabła akurat nie ma bo jest
na przymusowym odwyku więc piekło
nie działa zupełnie jak podczas Wielkanocy

(tak mówiła babka Weronika
kiedy z opuszczonymi portkami
mój ojciec miał odebrać zasłużoną karę
i jeszcze przed świątecznym śniadaniem
winę darowano)

na poddaszu żyją anioły
można to poznać po mnóstwie piór
przewalających się po podłodze
i po braku śladów nietkniętych
pajęczynach
(język aniołów bardzo różni się od ludzkiego
najczęściej przypomina zwykłe gruchanie
a krew aniołów gołębie odchody
niezwykle łatwo je pomylić)

gdzieś po środku praczka
wlecze do mieszkania naręcza miejskich brudów
a później roznosi je po domach w których nikt nie wierzy
ani w piekło ani w anioły zaś na drugim piętrze
mieszka przewieszony przez parapet
ledwie żywy poeta

wenflon

 

dziś jeszcze nie przyjdzie do ciebie śmierteczka kotku
choć panoszy się w tobie i podobno już czeka dziś jeszcze nie
jeszcze wenflon trzyma cię ze mną i z moich kolan się nie odklejasz 

dziś jeszcze nie przyjdzie po ciebie śmierteczka mamo
choć płaczesz że jak przyjdzie do kotka to i ciebie
zagarnie za jednym zamachem i nie masz wenflonu pępowina przecięta

a ja nie mogę wybierać