pełnomocny

do ciebie nienazwanego się zwracam
nawet do nieuzasadnionego niczym - zbaw mnie
od posiadania własnego zdania od wysłuchiwania
zdań innych - zbaw mnie
od kultury popkultury kontrkultury
kulturkampfu od pogody słońca wiatru
deszczu i gradu i śniegu zbaw mnie
od miłości od jej braku od cudzej miłości
od rzeczy z nią związanych od związków
od nagrzanych trotuarów i zimnych fasad ścian
od nienarodzonych chcianych i niechcianych zbaw mnie
od wyrażania zdań słów nawet mimiki twarzy od aborcji
mnie zbaw od eutanazji od samobójstwa zabójstwa od cudzych
i moich fantazji i braku wyobraźni od ogona mnie zbaw od gałęzi
z której spadłam od upadku mnie zbaw i od miękkiego
lądowania od światła i ciemności od opatrzności
opaczności i zdarzeń losowych od szachrajstwa kołomyi sąsiadów
i domowników od napadów i morderstw złodziejstw śmierci zagłaskania
choroby i wiecznej młodości od sierści na nogach brwi
krzaczastych i na gładko depilacji debilacji od mody
od złego wyglądu braku gustu i wysublimowania
biustu obitego i wiecznego odchudzania nóg krzywych prostych
białych zębów polityki posłów zwierząt pociągowych
pociągu do zwierząt hazardu nałogów słów szeptań przekleństw
romantyki całej ortografii map zwodzonych mostów spalonych
strzałów na bramkę i ślepych naboi wojen niechęci chęci
interpunkcji pamięci i jej zaniku od łez moich i niemoich
od wszystkiego mnie zbaw jeśli się nie boisz

halo tu Ziemia



to łatwe sensowna odległość komunikacja
zachodząca bez udziału mimiki zapachu
błysku w oczach in vitro porozumiewania
kable rurki światłowody kanały elektro-
magnetyczne nade mną właśnie przelatuje stacja
kosmiczna spada jakaś gwiazda wybucha
czyjeś słońce a więc

postrasz mnie postrasz a ja się wystraszę
nawet mnie nie spotkasz nie dowiesz
czy na moim sercu też są plamy czy nie wybuchła
puszka mojej głowy – to nieszkodliwe

czynić z daleka co ci człowieku niemiłe
gatunki z obcych krajów z innej półkuli
mogą wymierać to nas nie boli – korzeń mandragory
liście koki żeń-szeń mogą implodować
w supernowe produkty w naszych sklepach

strasz mnie straż nocna nas przygarnie tu i tam
i teraz kiedy Pan Satelita Księżyc zapala latarnię
liczę nocne dźwięki myślę o kosmonautach
w ISS którzy właśnie teraz z myślą o mnie
nagiej leżącej pod gwiazdami przelatują zupełnie
bez komunikacji

raport z upału



ogród schnie ja się starzeję i starzeje się ja albo nie
ja było od początku stare i zupełnie nie przystawało
do dziewczęcych falbanek bucików z kwiatkiem

teraz też nie przystaje albo właśnie zaczyna pasować
pas pas coraz częściej ci szepczę bo krzyczenie we mnie
umiera jak mózg jak milimetry ciała galaktyki komórek
/Pani Apoptoza dba o swoje dzieci i o mnie i o ciebie/

rozmawiamy cholernie często rzadko
się widzimy – ty mówisz nie ma potrzeby ja
czuję zupełnie inaczej - chciałabym zachować
w szkiełku oka zainkludowany kamień ważki
z poprzedniej ery – ery erogennej - dziś

słońce operuje na niebie jak Wielki Chirurg
dokonuje lobotomii przecina spoidło równie wielkie odcina
spłachetki lądu które podczas gry „w noża”
a może raczej na noże wydzieraliśmy sobie
z gardeł z piersi jak krzyk i westchnienie

to jest raport z upału czas na niemyślenie albo właśnie
myślenie o wszystkim i niczym czas na zasychanie
w bezwładzie liofilizację zdarzeń zatrzymywanie
płatków godzin pomiędzy kartkami

wiersz o niczym




Janurzowi

właściwie to żadna mowa
ani wiązana ani wolna – ot garść
słów splecionych w warkoczyk – coś
czego można się w nocy chwycić
spokojny oddech dziecka żony
rzeczy bliskie i dobre – to ciepło
nigdy nie wyparuje z twojej dłoni
ale jest

coś przeciw czemu pleciemy te wianki
cuda ustawiamy na oknie gromnicę
bo nie od pioruna zapalają się serca
płoną oczy nie od burzy się toczy dreszcz
i z nieba głowy spada na ziemię
dziurawą jak kiepski horyzont
zderzeń

to nie czarna dziura ty wiesz i ja wiem – coś
przeciwko czemu wystawiamy swoje armie
spokojną sielskość ścian zagród płot
latarnię gwiazdy przewodniej i ciche szeptanie
Matko Boska Hodegetria módl się za nami
za nami niewdzięcznymi niewiernymi
uczulonymi na  cień - pod twoje wiersze

uciekamy się i choć nas dogoni
przejdzie mimo  obwącha dotknie nawet zostawi
ślad na policzku wypalony na oknie odcisk łapy
wiemy o tym
nie będziemy się bronić

Joanna

Żegoty 24.07.14

piaszczysta kołysanka



(dla R. i A.)

suchy dzień lata pszczołom trzeszczą skrzydełka
w szczątkowych oczkach bagien ostatnie utopce
z żalu topią się w łyżce wody – nawzajem

nawzajem moje ostatnie kochanie na zdrowie
niech ci się śnią noce dachy rozłożyste i gorący
asfalt niech ci się śni nieszczęście ty moje

ten upał stał się nie do zniesienia pieką mnie oczy
i nie mogę też znieść żałosnego zawodzenia ginących
jeden po drugim utopców trzasku muszych skrzydełek
miażdżonych pajęczym kokonem

nie mogę znieść tego dzień dobry dobranoc
pustyni zamkniętej w małym szklanym lejku
sypiącym godziny dni miesiące lata bez możliwości
odwrotu

dzieli nas pół planety piaszczyste wydmy
i nawet księżyc mamy nie ten sam inne myśli
wspomnienia wyrazy inny żal gniew- tylko nieszczęście
- moje ostatnie kochanie - nieszczęście jest
naszym wspólnym udziałem

***

przyniosłam sobie krzesło
służy mi do niczego i stół
który powinien być namiotem
cyrkowym statkiem który mnie zabierze
hen daleko za krawędź -
wiem i nie wiem

wy wszyscy którzy tu siedzicie
którzy patrzycie czujecie
widzicie stół i krzesło
i statek niby arkę
i nigdy się nie dowiecie
dlaczego właśnie teraz
płaczę

Mama


Żegoty czerwiec 2014

Ecce homo

Żegoty czerwiec 2014

falbanki





Ż 08.07.14

skontrum



to nie jest wiersz o żadnych natchnionych
bliznach – to tylko wiersz o zwykłych śladach
po nieuważności – pierwsza – niosłam wodę

była gorąca – nie należy marzyć kiedy się niesie
wrzątek – wystarczy chwila nieuwagi i jest
pierwsza blizna – rower i jego pomylone

hamulce – powinny być pod wszystkim dobrze
znaną ręką a tymczasem nie – wizg pisk i trzask
a czasem nie są

trzecia blizna jest po posiadaniu
zwierzątek futerkowych które się nazywa
a które drapią gryzą mają kły i  pazury nie chcą
by je nazywać George całować pieścić tulić

wiele drobnych blizenek jest po chowie wsobnym
po niedyspozycjach skóry karnacji koloru
po niewłaściwych obietnicach i obietnicach
niedotrzymanych po tym kurwa jakże gładkim

świecie codziennie we mnie
przeszczepianym

skończyłam



pogryziona przez własnego kota – boże
święty weź mnie pomiń w reportażu życie
ech - posiej mnie (gdziekolwiek) jak
zboże i zbożne intencje  i manuskrypty
co nie płoną – dziwne – moje rany palą
ogniem żywym wzdłuż szramy po pazurze

ostrym zakażonym codziennością  wściekłym
zatrutym koniecznością pojedynczym

zbiegłam z tego drapania kaleczenia
pod górę wbijając zaciekle jakiś ząb
na podorędziu zdobyty strach trwogę
i pięść która ściska kurczowo

nie chcę nie mogę