Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z księgi zamiłowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z księgi zamiłowania. Pokaż wszystkie posty

rysy

 rysy mojej mamy
zapisane w pamięci
są pełne strachu

 strasznie się boję
że nie udźwignę już ani jednego
dnia z nią

 dnia bez niej

kobieta



jestem kamieniem jestem wszystkim
czego nie potrzebujesz  więc mogę
dać ci wszystko od kawałka gwiazdy
która spadła w morze aż po niespokojne
nie wiem - przytul się do mnie

w moich ramionach kołysał się świat
kiedy jeszcze kwilił jego oczy  nadal
pozostają ślepe ciągle jeszcze nie chce puścić
rąbka tajemnicy we mnie przytul się
mogę cię uspokoić powiedzieć
że będzie dobrze i dobrze będzie

w moich oczach
 znalazł schronienie płomień
nikogo nie rani póki go zamykam
w sobie póki nie pozwalam
na ruchy tektoniczne tej skorupy
która tworzy  moją skórę moje włosy
planetę - przytul się płomień cię nie spali
a nawet jeśli dotknie cię językiem ja
go ugaszę lub pozwolę płynąć

w moich ustach mieszkają jaskółki węże
dzikie rosomaki żaby i ślimaki wilki
cała ta hałastra  którą stworzył
podobno mężczyzna a teraz zobacz
przyszły do mnie podobnie jak one i ty
możesz

poczuć się spokojnie
 

rekiny, ukwiały



mam na parapecie takie mini akwarium
z wierzchu jest maleńkie lecz gdy zanurzysz głowę
albo rękę to jest naprawdę morze możliwości

możesz trafić na przykład w małego rekina
co ci odgryzie palec a później przeprosi
za straty w materii wyrządzone szkody
albo nawet za boga i wieki historii

czasem przesuniesz dłonią po wraku galeonu
jeszcze czasem zabłyszczy a czasem z armaty
da ostatni salut uważaj na oko
żeby się szkłem nie wbiło pod powierzchnię wody

są też śliskie mureny ciemne wiotkie piękności
co mają swoje oko gdzieś na tyłach głowy
i żyją na dnie kłamstwa które ktoś ci opowie
albo i nie opowie milcząc przez szybę akwarium

na samym skraju rafy gdzie toną rozgwiazdy
jest niewielki ukwiał nic nadzwyczajnego
tam się nie zapuszczaj tam jest tylko ciemność
i coś ci pęknie sercu zanim to zobaczysz

Galatea



mówisz mi zło
trzeba wykreować i nic się nie bój
to nie znaczy że się staniesz
zła – a ja wiem że się nie stanę

bo ono jest w mojej krwi w cytoplazmie
komórce  mitochondriach
kiedy oddycham w komórkowych jądrach
ciemno i nic nie widać – ja

jestem częścią tej siły którą Goethe zaklął
przeklął po trzykroć i kazał jej czynić
dobro. to ja wściekła tupiąca nogą
póki jeszcze jest czas dotykająca twoich włosów
co już samo  w sobie skazuje mnie
na stos

to ja odwracająca się od ciebie nawet jeśli łza
spada po mojej stronie gniotąca stopą łeb węża
bo nie może być dwóch węży w raju a i mnie
nie będzie- ja

której nie ominiesz nie przeżyjesz
nie stracisz
w żadnym płomieniu ani rzece

mówisz mi nic się nie bój
a ja
nieuchronnie patrzę na ciebie

mgła



to tylko mgła kochanie nie mogę jej rozwiać
rozwiązać palców supłów na nadgarstkach
po nim po niej po nich wszystkich oddać
ci siebie sobie ciebie dać jak pieniążek

na tacę – był on i ona kochali kochani
ale ona to nie ja a ja to nie ona nie mogę
brać odpowiedzialności za cudzy język
nawet za swój nie dam krtani ręki głowy
że się nie dwoi nie troi nie kurwi po kątach
ciemnych jak wieczory listopada – piszesz

tu nie ma  światła bądź latarnią a ja nie
umiem wykrzesać z siebie tej drogocennej iskry
którą bym mogła dać komukolwiek choćby
ulicznemu grajkowi mimowi na chodniku
albo daję ją każdemu kto chce – bierzcie

a ty ją bierzesz w siebie jakby była
po trzykroć drogocenna i z najczulszym
na świecie uśmiechem wbijasz mi w serce

opowiastka o miłości



Napisz mi opowiastkę o miłości,
ale taką żeby nikt nie zginął.

gdyby wyobrazić sobie chłodny wszechświat
nad nami wokół nas i z tego miejsca patrzeć
na tę niemądrą planetkę widziałbyś jak blisko
siebie jesteśmy bledziutkie bakterie mozolące się
w zupełnie nieskoordynowany sposób

gdyby spaść z tego nieba gdzie wszystko jest
wielkie i proste przebić atmosferę
wzajemnych pożądań niechęci urazów
głowy serca i ramion można by nie trafić
w żaden czuły punkt – wylądować w polu
gier towarzyskich zabaw podjazdowej wojny

i gdyby teraz iść prosto (może być zygzakiem)
i dotykać każdej dłoni palcem później wiązać
na tym palcu supełek dla pamięci może się okaże
że wszyscy co nam zaginęli nadal tam są






*

a a to była niespodzianka, znlazł się w Tygodniaku! : )

czwarta rysa



Joanna wypluwa nocą diabła diabeł siada
na jej łóżku i wodzi smutnym wzrokiem
po ciężkim ciele Joanny bierze ją za rękę
i długo rozmawiają o teorii rzeczy

zza okna dobiegają odgłosy zapalczywie
uprawianej miłości dolatują zapachy okolicznych
śmietników zbutwiałych liści i cmentarza
a tych dwoje zdaje się zupełnie nie zwracać uwagi
na tak ponurą okoliczność

rano diabeł ma podkrążone oczy Joanny a ona
jest zupełnie roztrzepana kiedy zza garbu pagórka
wynurza się słoneczny talerz
otwiera usta i z powrotem go połyka


*

księga tataraku



skrzydełka nosa cienkie
nitki śliny nitki mucyny
mucyna ciągnie się ale nie sięga
do ziemi więc nie mogę się przywiązać

cienkie skrzydełka ćmy – nosa nocy
kiedy gniotę jeżyny mięśniem szerokim
grzbietu – odlatuję

w przestrzeń pozbawioną jakichkolwiek
konotacji kontekstów
i w związku z tym nie zostanę
zbawiona

dryf



rozsuwamy się skarbie każdego ranka
płyty tektoniczne są o milimetr dalej
od siebie była ładna z nas Pangea
ale się rozpadła więc jedziemy
ty w jedną ja w drugą
długą - zgrzyt kamiennych płyt
z ulubionymi kawałkami epitafiami
(patrz jak fantastycznie lecą i znikają za oknem)
jak dobrze że pod spodem jest płaszcz
można dzięki niemu podryfować
przez łóżko dalej do drzwi po schodach
przez kałuże zza okna wołać - cholera
rzuć mi klucze

rozsuwamy się skarbie każdej nocy
każde z nas śpi nosem w  tę samą ścianę
która jak równik bierze nas w swoje
opisanie – zgrzyt zgrzyt ścieramy krawędzie
żeby jak najmniej się poranić w trakcie mijania
za plecami niepostrzeżenie rosną garby
wynikłe z naparcia (zaparcia) na siebie

wrócę późno kiedy młoda ziemia
będzie rodzić pierwszy świt a magma
jarzyć z upiornym blaskiem
zaczerpnę jej do wiadra
i wleję do twojego ucha

deklinacja



a tak rzeczywiście – rzeczownik człowiek
odmienia się przez przypadki
bo przypadki chodzą po ludziach
jak pchły jak proszalne dziady

a zatem się odmieniamy
przez ból swędzenie
litość obrzydzenie i chęć
pozbycia się paskudztwa

odmieniamy na różne sposoby
osoby i bez-
osobowo też się odmieniamy

osobliwie – ciężko stwierdzić w którą stronę
popchnie nas ta deklinacja
najczęściej klinujemy się  w kleszcze
wołacza do wspólnego mianownika
często też  występujemy w roli
dopełniacza a czasem ktoś nas bierze
na celownik
i wtedy już jest za późno

za późno by się modlić
ratować się ucieczką zmieniać
pościel ubranie siennik
za późno by naciągać kapelusz
i dla niepoznaki pogwizdując udać się
udawać że się jest
z zupełnie innego języka
całkiem przypadkiem

chwasty



pomimo zmiany kształtu wyobrażeń
słowa używane tak długo
przylgnęły do języka
wrosły
dlatego łatwo się przywołują
i trudno je wyplenić
jak chwasty

to stan kiedy czuły wyraz
staje się chwastem choć nadal
zachowuje tę szczególną piękność
barwę

co robić
podpieramy brody
stukamy w  głowę i chodzimy w  koło
rwać – boli i odrasta
nie rwać – boli
i zacienia pole

z czasem język grubieje
zorany próbami uprawy
sztywnieje jak kołek
obłożony starymi słowami
i w ciszy
jałowieje

musimy więc stale wymyślać nowe
słowa na nowe sytuacje kształty
mają być silne
a my?
uważajmy

żelastwo

miedziane włosy
stalowe nerwy
narzędzia
tytanowe protezy
elementy kości
ozdoby
artykuły biurowe
broń

recykling

postanowiłam napisać wiersz
z odpadów
przedmiotów których nikt nie chce – skórka od banana
kondom gipsowa figurka Maryjki
z Lourdes
miłość

jestem niewierząca
nie uprawiam seksu
nie cierpię bananów
to może dlatego

kiedy patrzymy pod stopy – znajdujemy
tam więcej niż nam się zdawało
wszystko z góry już wzięte i przetrawione
opakowanie
zawierające ślady DNA znajduje się
na dole

nazwijmy to piekłem
albo gruntem rzeczy
depczmy po nim
wrastajmy (bo humus bo obieg
pierwiastków)

- recykling

postanowiłam napisać wiersz
z rzeczy
które odpadły –skórka od banana
kondom figurka Maryjki
z Lourdes
miłość

jestem niewierząca
nie uprawiam seksu
nie cierpię bananów
to może dlatego

szmaty

w jakim kolorze szat chadzali ci śmiałkowie
by się zwolnić z ohydnej jednolitej gliny
pod płótnem barwionym suto królewską koszenilą
już to ścieranym wapnem lub umaczanym w korze

jaki ich kolor prowadził tęczowy czarny biały
zieleń lub krwawa purpura odrywał ich od krain
kolor i rwał na strzępy tę wątłą tkankę ziemi

jej sól tak kolorową jak kolorowe potrafią
być zamorskie przyprawy – podróże pono kształcą
gdzie nie stąpniesz to kolor w którykolwiek by nieczas
zabłądzić jakieś sztandary szmaty ubrania krawaty

tuniki paciorki wianki narzucane na wiotkość
nakrywające bladość

jesteśmy sami

tacy sami jesteśmy
w Warszawie
w Poznaniu
w Łodzi
w lesie czy na łące prawie
tacy sami
niby młodzi a już starze-
jemy się na zawołanie

każde imię nam dane
starze-
je nas
ramię w ramię idziemy
z imieniem
z pieśnią na ustach
z duszą
na ramieniu

tacy sami – wiatr
rozwiewa nasze włosy
złudzenia
nadzieje
świat ziemia
znosi nas jak grzyby po deszczu

mamy przyjaciół
i nie-
mamy tez wrogów
którzy są bojownikami
jak my
sami

mamy jeden wspólny kurhan
niepowodzenia
pogrzebaną miłość
raka skóry która umiera
do żywego mięsa

jesteśmy sami
ze swoimi
z obcymi

chcesz?

chcesz wydobyć się z tego miękkiego
poczucia czucia i czucia po?
włóż zapałkę
pod powiekę
-włóż zapałkę
i teraz dopiero próbuj
zasnąć

chcesz się wymknąć krwi
humorom flakom
mięśniowi sercowemu
włóż zapałkę
siarką
do przodu
pod język
drewienko

zapal się

zapal jak lampę rozdmuchuje wiatr
całym ciężarem płoń
i nie kap
ani jedna łza niech nie spadnie
suchy bądź a gorący
jakby to właśnie ciebie rozwiewano
na kawałki
na strony
na nice

wybądź z potrzasku szybek
z macierzy knota
z duszy ognia

wybądź

kamień filozoficzny

o dramacie w odległym Singapurze
rozpisała się cała prasa
prawdą jest że chłopak pchnął nożem
z niezawinionej miłości
zbrodnia w afekcie
w efekcie - kara?

sędzia najwyższego trybunału musiał
przeczytać stosy zeznań poszlak
opisu dowodów notatek z domysłami

- piekło

pod brzuchem kadź
pełna parujących pierwiastków
trucizn: ołów kobalt kadm
chlor rtęć i mangan

i miedź ze swoim niebieskim odcieniem
(farba drukarska)

warzy się filozoficzny kamień
odkrywany na nowo od czasów
pierwszego obrysu dłoni
z Gargas

wokół szczeka świat
po którego pasach przed chwilą szedłeś

a teraz patrzysz
na swoje nazwisko
wydrukowane na białych kartkach
coś się zmieniło
i naprawdę nie wiesz

kolaps

pękła gwiazda
na chwilę zrobiło się bardzo jasno
a później huk
podjęły go wszystkie bębny
we wszystkich armiach świata

świat nas wyrzucił z rejestru
szczęśliwych zakończeń
taka jest ludzkość mała
powiedział i spłonął na stosie
który mu zbudowałam

i co teraz?

niekończące się dźwięki
zestrojone melodie kryształów azotu
niezakończona podróż
po kole

i żadnych upadków
żadnych wzlotów

sza

w powietrzu jest zbyt tłoczno ktoś nam broni dostępu
do tajnej pieśni korzeni oddychania ciszą – życia
coraz bardziej wklęsła robi się moja głowa
coraz bardziej naciska półkula na półkulę

uciekajmy!
zanurkujmy przed sforą w lisie nory szafy
przez słoje co mają twarze ciche i niedostępne
wkroczmy w główny pień świata popłyńmy jego nerwem
spokojnie i bezboleśnie słuchajmy jak oddycha

zawiążmy usta płaszczom wywróćmy kapelusze
powyciągajmy z dna stada białych królików
i różnobarwnych piórek i oddychajmy kurzem
czasu co śpi swobodnie nieuciskany niczym

płyńmy

a długość ramion niech nam się jeszcze wydłuży
i rozciągnijmy ciało jak krętą jasną drogę
palce niech nam się zmienią w rozświetlone listowie
i magia obejmie władanie w pokołatanym sercu

ucieczka do miejsca przypadku

i można tak gonić swoją nieobecność
w ultramarynę fiordów pasma wspomnień
można podążać za cieniem niebieskim
poprzez biało-sine wyziębione sople- gonić

na przestrzał bryły lądolodu
huczeć w szczeliny echem pluć w krużgankach
skalnych twardych zamczysk – oglądać za ramieniem

krajobraz posiany jednym szybkim zrywem
rozsypane klocki własnych uzależnień
popękane w gładki kształt graniastosłupa

biec z sercem w zwątpieniu z głową na ramionach
niesioną jak pochodnia która ma oświetlać
mrok rzucany źrenicom jak pastwa
na pożarcie dłoniom stopom dać przytulić

twarz do lica skały zasnąć jak agrafka
wpięta w kołnierz ziemi pogubiona w glebie