rekombinacja. mutacje



wanna a właściwie woda w niej to jedyna
czysta okoliczność tym ciepłem
próbuję ogrzać resztkę powietrza
zdychającą na dnie płuc

marzę o tym żeby ktoś przyszedł
i obmył mnie z niedokończonego
zapalenia roku życia niespójności ale nikt
nie przychodzi – czytam cudze wiersze
listy do wszystkich listy otwarte
bezwstydne i nagie i nie mam na więcej

siły - patrzę jak na białej kartce ląduje
mały czerwony helikopter – kropla krwi jakie to dziwne
jak w nią uważnie zajrzeć jest pełna
dziwacznych komórek tworów a każdy z nich
jest pomniejszoną mną – kolejne miliardy
niedoskonałości powtarzane w każdym
skrawku  ciała – marzę

żebyś przestał mówić
o innych kobietach podczas kiedy ja nie umiem
spać z mężczyznami kiedy nie daję rady
ogarnąć tych kobiet we mnie
wrosłych w krew zaszczepionych
jak grzybnia przerastająca nabłonki kości

patrzę na kroplę krwi i marzę
żeby ktoś przyszedł i mnie obmył

lekcje zwisania z krzesła



księżyc nad cmentarzem
za oknem cmentarz w pokoju
okno w oknie pająk
krzyżackie nasienie

nie bo nie niebo skąpi suchej ziemi
a tak naprawdę to przydałby się
i deszcz i śnieg i wielka białość
która zakryje historie śmietniki pomyje
pobite gary wszystkie nasze
dzienne sprawy - tymczasem

zwisam i zwisa mi się
wcale umiejętnie choć bez jakiejś
rewelacji albo nie wiem
może bez uczucia może
bez zapału

aura



zdawało się że chodzi o jakieś ważne sprawy
o ból i lęk i przyszłość a nie zwykły kubek herbaty -
okazał się zwycięzcą tych najdziwniejszych pod słońcem
tematów bez przyczyny tematów bez końca

nic się nie stłukło nie zbiło nic się nie połamało
żadne nie trzasło serce żadne nie ucierpiało
bardziej niż filiżanka z miśnieńskiej porcelany
pokój temu domowi ponad obłokiem pary

zdawało się jeszcze przez chwilę że wisi jakaś tragedia
że jakaś twarz w grymasie i jakieś oblicze we łzach
a przecież to tylko zapach zawzięcie duszonej cebuli
tylko trzeszczenie mebli tylko pomruki burzy

za oknem wiatr i pustostan i zimne słowa galaktyk
nikt uważnie nie słuchał nikt uważnie nie patrzył

smok



och możesz mieć wszystko czego chcesz
powiedział – ty chcesz wszystkiego
mówili inni a ja ani w lewo ani w prawo
nie uderzam nie łamię nie zadzieram

do stanu posiadania trzeba mieć
smykałkę trzeba czuć feblik a ja
ja tylko umiem patrzeć
głodnymi oczami na wystawę
i jak mówi mama od dzieciństwa
z założonymi za plecy rękami

ten pies nie chce ten chłopiec
cię nie chce ten mężczyzna nie życzy
ci źle ale nie życzy sobie – wszystko
na wystawie sklepowej ułożone
za witryną za taflą powietrza której
nie mogę obejść

a gdyby choć raz zabrać ukraść
zawłaszczyć zagarnąć jak swoje
zaciągnąć do jaskini ułożyć się
na tym i pomyśleć - moje

bezgłos



chciałabym napisać o wszystkim
o wiotkości rąk miękkości ud i twardości brzucha
o łzach kiedy cię nikt nie słucha
o niczym

chciałabym napisać wypisać cały atrament
chciałabym wypić morze solipsyzmu chujowe morze
amen chciałabym zamienić na allleluja
i ciebie na siebie i wszy
za kolebkę-  stko

chciałabym się zmierzwić zdziczyć spoganić
złaskotnieć i kwiczeć pod wścibskim paluchem
chciałabym ładnie gładko radośnie
z jutrzenki kolorem z trykaniem

chciałabym sprośnie napisać
samym pisaniem

pisuję do ciebie tylnią łapą



wczoraj mgła dziś mgła jak dobrze
że ta odrobina deszczu łaskawie
wpadła w usta ziemi tutejszej ziemi -  a ja?
ja się poddaję -

- kaprysom pogody łzy obsychają
na wietrze zupełnie pozbawionym
wilgoci nie ma co marzyć kiedy słońce
wypiera błękitny barwnik z nieba
moich oczu

/za chwilę jak srebrny szeląg/

włosy pokrywają się szronem
wraz z nadchodzącą zimą – mam nadzieję
że naprawdę przyjdzie że nas nie zostawi
z tymi wszystkimi umarłymi liśćmi
z moimi listami

formuła



to nie jest takie głupie – zaszyć się
spędzić czas w kącie za pomocą ziół
i przesądów / przeczekać

zmilczeć to co się miało urodzić
wtedy kiedy inni chcieli krzyczeć
pluć piołunem na wszystkie
strony

idą obok mnie nade mną mimo mnie
przechodzą tupią szurają biegną
mnie nie ma

oddałam klucz do tamtego pokoju
to nie jest takie głupie - przeczekać

związki



podobno wyrzygały nas gwiazdy
w jednym krótkim spazmie zapadły się i pękły
na wszystkie strony nas posiały – pechowo
trafiliśmy w czas i planetę choć nie jestem pewna
czy te same

prawdopodobnie jesteśmy zbudowani
pierwiastkami w mikro i makro ilościach
ćwiczymy mózg ciało oćwiczamy
siłę woli wieczorami dukając Platona próbujemy
pasować

wszechświat wypchnął nas
zupełnie przypadkowo ty i ja i ona i on
utkwiliśmy jak cierń obok siebie otworzyliśmy
usta
z niektórych upadło jakieś słowo

obrażenie

ten użytkownik raczej nie wróci do opowieści
zabrał śpiworek i kocyk pozbierał swoje klocki
i poszedł z bekiem do mamy pod pierzynkę śniegu
wyryczeć się do cna poduszce pośród mchu i paproci

choć gadano w przedszkolu żaden go nie powstrzymał
żaden  nie podał mu kapci nie pożyczył zabawki
nawet choćby potrzymać wszyscy później smarkali
że szkoda worka z kaczuszką szkoda użytkownika

szkoda użytkownika zostały po nim dwie szafki
garść połamanych kredek i pogryziony pędzelek
ale przynajmniej w przedszkolu nikt nie zajmuje huśtawki
nikt nareszcie znienacka nie krzyczy ci w ucho berek

tutaj

ja mieszkam tutaj tutaj wszystkiego
trzeba nakupić na zapas – papier
toaletowy żeby nigdy się nie skończył
w nieodpowiednim miejscu jak powieść
do dupy sól mydło pasta do zębów

jedzenie da się zrobić z okoliczności istnienia
ogrodu i pola ale niektóre rzeczy 
 jak miłość należałoby zakupić
i mieć w zapasie na wypadek wojny

kłamałam że wyjeżdżam i poznaję
kraje obce i cudze języki że oddycham
zagranicznym powietrzem – tam nie chodziłam
gdzie rodzą się wulkany i nie dałam polizać
oceanicznym falom - po prostu kłamałam i teraz
jestem tu na zapas i nigdzie nie byłam

pochmura

















Żegoty 16.10.14

gon



jeden z napotkanych mężczyzn podał mi dłoń
wzięłam rękę aż po ramię wgryzłam się z całej mocy
w napięty mięsień – odtąd nie mogę się pozbyć

smaku ciała zapachu krwi wspomnienia tego krzyku
z którym mnie przeganiano szczując psami i bogiem

to nie ma nic wspólnego z czasem



to nie ma nic wspólnego z czasem po prostu
przy moim łóżku gromadzi się trochę więcej
pudełek z lekarstwami słoiczków i tubek pod kołdrą
rezydują na stałe wełniane skarpety i szalik
mniej czasu spędza w szafie

to nie ma nic wspólnego z czasem po prostu
Droga Mleczna wysycha i się kruszy sypiąc
gwiezdny pył który na skutek elektryzowania się
ciał w suchym powietrzu łatwiej przywiera
do głowy – to naprawdę nie ma nic wspólnego

z czasem po prostu skrzypią drzwi i w stawach
brakuje jakiegoś a bo ja wiem oleju a trzeba iść
po rozum coraz częściej i za pamięci po szkła
które dla wygody przechowuję w okularach

i po szklankę wody na noc na strach i to
 nie ma nic wspólnego z czasem po prostu bardziej
się staram

Władco



niech ci się śni wygrana zwycięża– my
tu w znacznie rozleglejszej krainie cierpimy
na gniew i wstyd powiedziano nam że szechina

jest dziełem naszych wrogów nic bardziej mylnego
twoja pieczęć władco obecnie jest nam jedyną
możliwością prawdy mówiłeś nie wierzcie  prorokom

prorokiniom co głosić będą zmierzch wykluczać będą
według upodobania a później wezmą to
co im się marzy

przed takimi czasami władco mnie przestrzegałeś choć
błądziliśmy oboje  po nierównościach ksiąg po nieskończonej
możliwości rozwiązania

kreda



wiesz że kiedyś będziemy musieli się oddać
komuś innemu – zwrócić prawa do siebie
których nikt nie zapisał oddalić
sprzeciwy i patrząc prosto w serce odejść

jak się odchodzi od świata na ciemną stronę
księżyca jak się nasłuchuje głuchego kołatania
jak się pisze później niestworzone listy
w przestrzeń wysyłając S.O.S -dziś jeszcze jestem

zatrzymałam się na chwilę
 na tle ciemniejącego nieba zdaje mi się
że światło umiera - nasza gwiazda
powoli acz nieuchronnie się spala kiedyś

kiedyś wyschnie ocean możliwości małże
odcisną swoje ciała w skale zostawiając
po sobie linię zapisaną kredą chłodny krater
z którego wyparował rozgorączkowany meteor
zostawiając niedokończoną s
tratygrafię

wielkie sprawy małych kotów


wiersz



S.P.

jest jesień z drzew spadają listy
rzeczy do zrobienia zakupów tej całej reszty
która trzyma nas przy życiu /nudnym
bo nudnym/ mówisz mi

w życiu nie istnieją puenty ani dobre
ani te złe bo gdyby istniały nikt  z nas
nie pisałby wierszy a tak próbujemy
dopisać jakieś sensowne zakończenie

szukamy sensu który nam wyjaśni
cykl mniej lub bardziej udanych metafor
zabiegi literackie peryfrazy  parabole
takie pleonazmy jak głupie serce

które nas uwolni z układu wersów
przestanie strofować i liczyć akcenty da nam
rozgrzeszenie z sylabotonicznych dni
z mówienia do rymu innym ludziom

takim jak my

piszemy wiersz

bosą nogą głową w chmurach palcem
na wodzie niedokończonym gestem
jednym słowem piszemy sobie
 puentę

wszystko pęka



zaczęło się od flakonika perfum który upadł
na jakimś zadupiu w którym podobno spalono
ostatnią tu czarownicę w dodatku zupełnie
niesłusznie (podobno)– później poszło – talerzyk

przepołowiony pod wpływem ciepła słoik
z malinami miska z okruchami chleba szklanka
jak sama nazwa mówi krucha straciła całość
i my jakoś tak dziwnie na fotografii

na fotografii rysa biegnąca na ukos od ramy
do ramy dzieląca światy na mój i twój  potłuczone
kolana łokcie obolałe głowy bo przecież kasków
nie zakładamy

nie zakładamy też że to ma być całość
patrzymy w osobne lusterka oddzielne okna
w zupełnie innych domach – pękają
bańki mydlane i my też pękliśmy
kochanie

trening układu nagrody



zaczęłam rozwiązywać szarady
najgłupsza z nich to ja i ty
których nie ma więc po cóż zabijać
sobie ćwieka giąć mózg i kark
i sączyć tusz do krwi a krew wylewać
opryskliwie znacząc ściany

po pierwsze wyczyściłam pamięć
sprzętu służącego nam (których nie ma)
za komunikację bo nawet się nie znamy
zatemperowałam dwa ołówki
wetknę je w uszy za każdym razem
kiedy na dźwięk dzwonka podskoczy mi
serce i ciśnienie w gardle

rozmierzyłam układy kratek rozkład
zaczernionych pól i miejsce na wpisanie
hasła które odpowiednio rozwiązane
wygra nagrodę główną w postaci skruszonego
ciastka

tak samo



mój ojciec chodził w kapeluszu – taki był obowiązek
mężczyzny dziś młodzi mężczyźni są pełni szyku
noszą kapelusze staroświeckie marynarki z lamówką

moja matka gniotła chleb i nabożnie wkładała bochny
do pieca bo tak było trzeba i nie było wyboru trzeba było
coś jeść – dziś młoda kobieta zagniata ciasto chlebowe
i z nabożeństwem w swoim dizajnerskim domu zapieka
owija w białe płótno (jak dzieciątko)

dzieci się kiedyś puszczało samopas z umazanymi gębami
z garściami piasku pchanymi do buzi i z wierzbową witką
kiedy już słońce zaszło porządnie za horyzont a malec
nie wrócił do domu na czas – dziś witki się nie używa

pełnomocny

do ciebie nienazwanego się zwracam
nawet do nieuzasadnionego niczym - zbaw mnie
od posiadania własnego zdania od wysłuchiwania
zdań innych - zbaw mnie
od kultury popkultury kontrkultury
kulturkampfu od pogody słońca wiatru
deszczu i gradu i śniegu zbaw mnie
od miłości od jej braku od cudzej miłości
od rzeczy z nią związanych od związków
od nagrzanych trotuarów i zimnych fasad ścian
od nienarodzonych chcianych i niechcianych zbaw mnie
od wyrażania zdań słów nawet mimiki twarzy od aborcji
mnie zbaw od eutanazji od samobójstwa zabójstwa od cudzych
i moich fantazji i braku wyobraźni od ogona mnie zbaw od gałęzi
z której spadłam od upadku mnie zbaw i od miękkiego
lądowania od światła i ciemności od opatrzności
opaczności i zdarzeń losowych od szachrajstwa kołomyi sąsiadów
i domowników od napadów i morderstw złodziejstw śmierci zagłaskania
choroby i wiecznej młodości od sierści na nogach brwi
krzaczastych i na gładko depilacji debilacji od mody
od złego wyglądu braku gustu i wysublimowania
biustu obitego i wiecznego odchudzania nóg krzywych prostych
białych zębów polityki posłów zwierząt pociągowych
pociągu do zwierząt hazardu nałogów słów szeptań przekleństw
romantyki całej ortografii map zwodzonych mostów spalonych
strzałów na bramkę i ślepych naboi wojen niechęci chęci
interpunkcji pamięci i jej zaniku od łez moich i niemoich
od wszystkiego mnie zbaw jeśli się nie boisz

halo tu Ziemia



to łatwe sensowna odległość komunikacja
zachodząca bez udziału mimiki zapachu
błysku w oczach in vitro porozumiewania
kable rurki światłowody kanały elektro-
magnetyczne nade mną właśnie przelatuje stacja
kosmiczna spada jakaś gwiazda wybucha
czyjeś słońce a więc

postrasz mnie postrasz a ja się wystraszę
nawet mnie nie spotkasz nie dowiesz
czy na moim sercu też są plamy czy nie wybuchła
puszka mojej głowy – to nieszkodliwe

czynić z daleka co ci człowieku niemiłe
gatunki z obcych krajów z innej półkuli
mogą wymierać to nas nie boli – korzeń mandragory
liście koki żeń-szeń mogą implodować
w supernowe produkty w naszych sklepach

strasz mnie straż nocna nas przygarnie tu i tam
i teraz kiedy Pan Satelita Księżyc zapala latarnię
liczę nocne dźwięki myślę o kosmonautach
w ISS którzy właśnie teraz z myślą o mnie
nagiej leżącej pod gwiazdami przelatują zupełnie
bez komunikacji

raport z upału



ogród schnie ja się starzeję i starzeje się ja albo nie
ja było od początku stare i zupełnie nie przystawało
do dziewczęcych falbanek bucików z kwiatkiem

teraz też nie przystaje albo właśnie zaczyna pasować
pas pas coraz częściej ci szepczę bo krzyczenie we mnie
umiera jak mózg jak milimetry ciała galaktyki komórek
/Pani Apoptoza dba o swoje dzieci i o mnie i o ciebie/

rozmawiamy cholernie często rzadko
się widzimy – ty mówisz nie ma potrzeby ja
czuję zupełnie inaczej - chciałabym zachować
w szkiełku oka zainkludowany kamień ważki
z poprzedniej ery – ery erogennej - dziś

słońce operuje na niebie jak Wielki Chirurg
dokonuje lobotomii przecina spoidło równie wielkie odcina
spłachetki lądu które podczas gry „w noża”
a może raczej na noże wydzieraliśmy sobie
z gardeł z piersi jak krzyk i westchnienie

to jest raport z upału czas na niemyślenie albo właśnie
myślenie o wszystkim i niczym czas na zasychanie
w bezwładzie liofilizację zdarzeń zatrzymywanie
płatków godzin pomiędzy kartkami

wiersz o niczym




Janurzowi

właściwie to żadna mowa
ani wiązana ani wolna – ot garść
słów splecionych w warkoczyk – coś
czego można się w nocy chwycić
spokojny oddech dziecka żony
rzeczy bliskie i dobre – to ciepło
nigdy nie wyparuje z twojej dłoni
ale jest

coś przeciw czemu pleciemy te wianki
cuda ustawiamy na oknie gromnicę
bo nie od pioruna zapalają się serca
płoną oczy nie od burzy się toczy dreszcz
i z nieba głowy spada na ziemię
dziurawą jak kiepski horyzont
zderzeń

to nie czarna dziura ty wiesz i ja wiem – coś
przeciwko czemu wystawiamy swoje armie
spokojną sielskość ścian zagród płot
latarnię gwiazdy przewodniej i ciche szeptanie
Matko Boska Hodegetria módl się za nami
za nami niewdzięcznymi niewiernymi
uczulonymi na  cień - pod twoje wiersze

uciekamy się i choć nas dogoni
przejdzie mimo  obwącha dotknie nawet zostawi
ślad na policzku wypalony na oknie odcisk łapy
wiemy o tym
nie będziemy się bronić

Joanna

Żegoty 24.07.14

piaszczysta kołysanka



(dla R. i A.)

suchy dzień lata pszczołom trzeszczą skrzydełka
w szczątkowych oczkach bagien ostatnie utopce
z żalu topią się w łyżce wody – nawzajem

nawzajem moje ostatnie kochanie na zdrowie
niech ci się śnią noce dachy rozłożyste i gorący
asfalt niech ci się śni nieszczęście ty moje

ten upał stał się nie do zniesienia pieką mnie oczy
i nie mogę też znieść żałosnego zawodzenia ginących
jeden po drugim utopców trzasku muszych skrzydełek
miażdżonych pajęczym kokonem

nie mogę znieść tego dzień dobry dobranoc
pustyni zamkniętej w małym szklanym lejku
sypiącym godziny dni miesiące lata bez możliwości
odwrotu

dzieli nas pół planety piaszczyste wydmy
i nawet księżyc mamy nie ten sam inne myśli
wspomnienia wyrazy inny żal gniew- tylko nieszczęście
- moje ostatnie kochanie - nieszczęście jest
naszym wspólnym udziałem

***

przyniosłam sobie krzesło
służy mi do niczego i stół
który powinien być namiotem
cyrkowym statkiem który mnie zabierze
hen daleko za krawędź -
wiem i nie wiem

wy wszyscy którzy tu siedzicie
którzy patrzycie czujecie
widzicie stół i krzesło
i statek niby arkę
i nigdy się nie dowiecie
dlaczego właśnie teraz
płaczę

Mama


Żegoty czerwiec 2014

Ecce homo

Żegoty czerwiec 2014

falbanki





Ż 08.07.14

skontrum



to nie jest wiersz o żadnych natchnionych
bliznach – to tylko wiersz o zwykłych śladach
po nieuważności – pierwsza – niosłam wodę

była gorąca – nie należy marzyć kiedy się niesie
wrzątek – wystarczy chwila nieuwagi i jest
pierwsza blizna – rower i jego pomylone

hamulce – powinny być pod wszystkim dobrze
znaną ręką a tymczasem nie – wizg pisk i trzask
a czasem nie są

trzecia blizna jest po posiadaniu
zwierzątek futerkowych które się nazywa
a które drapią gryzą mają kły i  pazury nie chcą
by je nazywać George całować pieścić tulić

wiele drobnych blizenek jest po chowie wsobnym
po niedyspozycjach skóry karnacji koloru
po niewłaściwych obietnicach i obietnicach
niedotrzymanych po tym kurwa jakże gładkim

świecie codziennie we mnie
przeszczepianym

skończyłam



pogryziona przez własnego kota – boże
święty weź mnie pomiń w reportażu życie
ech - posiej mnie (gdziekolwiek) jak
zboże i zbożne intencje  i manuskrypty
co nie płoną – dziwne – moje rany palą
ogniem żywym wzdłuż szramy po pazurze

ostrym zakażonym codziennością  wściekłym
zatrutym koniecznością pojedynczym

zbiegłam z tego drapania kaleczenia
pod górę wbijając zaciekle jakiś ząb
na podorędziu zdobyty strach trwogę
i pięść która ściska kurczowo

nie chcę nie mogę

nie zmieniłabymw tobie ani jednej nuty



czujny potworze potwornie czuła
bestio rodzaju ludzkiego – istnieje harmonia
jakiej nie spodziewałby się nikt
z nas w kakofonii osobowości w plątaninie

dźwięków serc płuc wątroby marszach
kiszek głodowej jatce umysłu
mówisz mi idź już jest zbyt późno
na orkiestrację na koncert życzeń
bo zły ze mnie człowiek i jeszcze gorszy
cień ciągnie za mną swój lisi ogon

jesteś złodziejem kłamcą królem tyciego
państwa co mierzy  całe pięć stóp
pod Ziemię i to dzięki temu czynisz ją sobie
poddaną – słucham cię jak najdoskonalszego
oratorium jesteś świętym uczonym siewcą
radości i zwątpienia rozbitkiem z powietrza

ciągiem atomów sekwencją zasad
kodu genetycznego zlepkiem niejasnych słów myśli
pierwiastków odłamkiem gwiazd kosmicznym
skurwysynem

twoje palce wyplotły na mnie sieć uprzędły
pięciolinię z której czytam jak z nut ostrzyły
kamienny grot który wiek po wieku
wbijałeś mi w serce a przecież

nie zmieniłabym w  tobie ani jednej nuty
człowieku

porozumiewanie na kanwie listy przebojów



Jakubowi Sajkowskiemu

dziś porozmawiajmy serio mówię porozmawiajmy
poważnie – ten świat jest aż nadto wesół mam dość
cyrku baloników lunaparku w którym jedyny roller-
coaster to temperatura ciała a i nawet ono stygnie więc

przysyłasz mi piosenkę o bidecie – ciesz się
mówisz bo przy twoim szczęściu to jedyne
co możesz uzyskać – „Beat It” zamiast wynoś się
hura mówię ci entuzjastycznie i losuję że jutro

padnie jakaś wygrana – mówmy serio – każde z nas
utknęło w chwiejnej choć niezachwianej
rzeczywistości gabinecie luster theatrum figur
woskowych i każdy oraz żaden promień zmienia
wszystko – od perspektywy aż po wielkość

dziś porozmawiajmy naprawdę zupełnie
niepoważnie usiądźmy na gdziektórejkolwiek
trawie
zamknijmy usta rozsznurujmy serca

Mirek

Ż. 07VI2014

idą strachy



Ż. 08.06.14

nie masz mi nic/ do dodania



zaprawdę powiadam ci jestem wszystkim
czego nie potrzebujesz nie znasz
ani dnia ani godziny znać nie chcesz
bo moje łzy są ci gorzkie jak słodki

kawałek chleba – niedobry  z ziarna pełnego
plew piasku i ptactwa
co drze się nad każdą ranną

zorzą tobie morze ziemia wszelki żywot
na żywioł puszczony – ja jestem
żywiołakiem żywią tej ziemi żywicą
co kroplami kraple łzawi zamyka
w niebieską wodę oka inkluduje słowa

gesty – ptaszkowie niebiescy otwierają
dzioby podwoje rzekome łańcuchy górskie
pękają rozstępując doliny pomiędzy
wzniesieniami uniesieniem dźwiękiem
nigdy stąd nie pójdziesz mówisz i kaleczysz

noc dzień - kolejna data dnia przestępnego
przestępczy rok eon jakiś nowy świt świat
w galaktyce alfa na wyświetlaczu
który obecnie zamiast cyferblatu nosi znamię
omega

nie ma tego dobrego



chcesz żeby ci było źle później siadasz
i płaczesz złe jest mocne a dobre
mocno przereklamowane – jeździ się tam
jak do Wenecji spływa kanałami
łzowymi śpiewając melancholijne pieśni

dobre mija szybko ból ciągnie się
całymi latami to dobra inwestycja a dobre
jest bez sensu ani to trwałe ani zauważyć
się dobrze nie da taka tam manna z nieba
papka owsianka klejąca malina

chcesz więc dobrego więc nic ci nie pozostaje
jak wybrać złe to jest mocniejsze najesz się tym
lepiej obok siebie postawisz i będzie stało latami
będzie się niekurzyło i widoczne będzie
jak na niebie tęcza z samych wykrzykników

i świecić będzie jak nóż to złe polerowane
bo z dobrej stali zrobione i ostrzone czule
latami szlifowane tak że można zanurzyć
aż po same palce więc chcesz żeby ci było złe
później siadasz i płaczesz

sianie wiatru



trawy przerosły już granicę
kiedy trzymają źdźbła sztywno – zbliżająca się burza
kładzie je nieruchomo rzeczy zamierają
przywarte do gruntu jakby to stąd oczekiwały ratunku

w pewności. jest jakaś skaza niedobrany kontekst
który pozwala ocenić ten krajobraz na różne
sposoby zdania rozmienić go na najdrobniejsze
przypadki – jestem wszystkim

czego nie potrzebujesz jestem tym krajobrazem
i ty nim jesteś i wszyscy nasi wasi twoi przyjaciele
wrogowie i ci których nie nazywamy.

trawy ścielą źdźbła wysypują na pozór nikomu
niepotrzebne ziarno a później składają ciała
w imię próchnicy recyklingu odpadów – i przychodzi

burza pierwsza tej wiosny która zmywa wszystkie nasze
okoliczności