Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zielistka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zielistka. Pokaż wszystkie posty

malina moroszka

na co mi wiedza słońca czerwone księgi
kiedy przyzwyczajona do północnych krain
raz się zamyślnie ułożyłam w miękkim
torfowisku skąd mnie ciepły wyburzył maj

ale nie ten maj który barwi owoc
maj tu jest dla moroszki nazbyt tęgi
zmęczona jaskrawym w cieniu ukryłam głowę
łamiąc w pół na kolanie owocowe pędy

dziś w torfie słyszę jeszcze szeptanie lodowca
słyszę kruczenie wiatru i wyczuwam śniegi
i zapominam koloru swych owoców
tylko mi się jeszcze kwiat czasem na podcieniach bieli

na nic mi księga spowita w purpurę okładki
choć mnie zamknięto jak żywą to tylko dla pamięci
spać będę śnić lody może za tysiąc leci
zagarnie mnie lód chłód mnie jasny przygarnie

siewki

to jest o dobrym słowie
krucha łodyżko o słowie rośnij
i słowie wilgoć w kącikach liści

to jest o dobrym czekaniu
drobniutki kwiatku o czasie słońca
i światła świecie w zakątkach sadu

to jest o drobnych dłoniach
bledziutki listku o cichym słowie
o czasie słońca wszędzie gdziekolwiek

Senecio

jest obraz łąki na łące starzec
górski senecio trwoni markotnie
czas nim go promień słoneczny dotknie
i żółcień w trawy zieleń rozmaże

ileż nadumał się poraniony
których to świtów jasno nie zwidził
zanim go ciepły dzień nie nasycił
nim wśnił w słoneczny sen w nie zburzony

to tylko takie na skraju rosy
mogą być chwile miedzy pomiędzy
sennym markotem w pajęczej przędzy
a rwistą falą pożółkłych kłosów

kiedy się jasny klin w niebo wbije
linia serdeczna rozkurczów skurczeń
poznaje w sobie posmak zamruczeń
i wrasta w liście i cicho mija

oczekiwania

każdego dnia zakładam się inaczej
to jestem cicho to prosto jestem- czasem
też gubię się po kątach niecierpliwie
i na szczęście nie więcej mogę znaczyć niż to
co jest najprostszym

najtrudniejszym słowem

modrzew

a się kołysać w tej czuprynie
choćby do końca świata
nie spadać i poddawać
pieszczocie zielonych kitek

zabujać wśród drobnych szyszek
z głupim uśmiechem

wzrok wyplątać na chwilę
i skoczyć wprost
na huśtawkę

gdzie marzy dziewczynka
pod drzewem

wiesiołek

jest coś z wiesiołka w byciu kobietą
kiedy już powoli zostają dziewczęce sukienki
poza tobą nikt nie pragnie dotykania skóry

wtedy jest coś z wiesiołka – może łagodzenie
podrażnień alergii i na stwardnienie rozsiane
lek który wygląda jak zwyczajne zielsko

jak ty chcę w kącie ogrodu stać wesoło szczerząc
żółtą mordę przez liście choć to wieczne szczypanie
że nie boli olejem łagodzi się zmrok a przecież

można nigdy nie umrzeć nie posiadać kłącza

len

ona - nisko pochyla się nad ramą
to płócienny raz kiedy taki wątek
przed nią przeciąga się w dole

fabryczne miasto miejsce nie do opasania
doliną niedorzecznym sposobem ujęcia
u brodu złotymi nitkami błyskawic

próbuje zszywać poplątane chwasty
w ciepłe dłonie ścieżek przytulii
czepnych jak treść którą wyrywa
z palców

teraz ja – niespokojnie patrzę
na kanwie obrazu snuję babskie
domysły lata chwytam

pogubione sensy gubię
się w ważnych rozumieniach
wystających ze słów

burzyć budować


*
(wiersz w porozumieniu z Fanaberką i z jej użyciem ;P )

idzie jesień

.

*

zwinęło się jabłkowicie lato
w szklanym kieliszku nad nie
wyżej tylko wiatr się plącze
w warkocz brzozowy

- ach wysmagać jeszcze
gołe łydki dziewanny pod rumiano
zalistniałym lasem
co surowo patrzy na takie
zabawy

dziś jesieni dzień pierwszy i wszystkie
klucze zawracają smaki z palców
zlizane układają się do snu

za piecem dym zdyszany w deszcze
dziurom posyła zapóźnione znaki
że się czeka że się mocno związało
w pąk


zapomnienia

w dłoniach pusto to sen
ostróżki co ciekawie wyciąga główkę
znad traw. już odchodzi do lamusa

lato gubią się za słońcem polany
gdzie kiedyś przychodził

[odpocząć ]

umilkły świerszczenia szepty
wewnątrz las zasnął i położył

głowę klucz żurawi
upadł w cień
nikogo nie znajdzie

pospolita

jestem białym dmuchawcem
niechętnie
daję się unosić z każdym
powiewem

ryzykanci liżą palce
próbowali rwać
dla siebie

taka krucha łodyżka
a w pysku gorzko
ot mniszka

(Autor: Baś Lewonowska)

podanie

podobno czarownice tylko bez
siedzę więc naga i piszę
do pana list a może to nawet kora

brzozowa na wiosenne uroki
dobra na takie przenoszenie
chciałabym użyć skóry

pańskiej nie moje ciało
to tylko niebieski atrament
śliną nie piszę

po liściach do cudzych poetów
szaleję bo przecież posiada pan w głowie
te wszystkie słowa

obsypujące świat srebrne łuski
ile bym dała za takie czary
dziś niech pan mnie weźmie

jutro zapłacę

pokrzyk

zdumiewająca ta atropina
kolejna piękna pani
z wilczym uśmiechem
mi się rozszerza

a może to strach
przed ukradkowym jedzeniem
niedozwolonych jagód
bo ugryźć policzek
jest cierpko

i jeszcze można usłyszeć

wilcze

szacowne pnie bronią dostępu
mówią uważaj wawrzynek
twoje zabawy są niejesienne

no przecież stoję nad brzegiem litospadu
pod to co zostawiam trzeszczy nieład
przede mną Wasza Wysokość ściana Lesie

co ma zrobić kawałek trującego ziela
gdy zdenerwowani że się śmie je
wołają na pomoc tego od kitary
(wbije mi ją przez głowę?)

to siadam na progu bo nie będzie ze mnie dafne
pomilczę przynajmniej z muchami bez wstydu
o sromotnikach

bycie klasycznym łykiem pomiędzy też ma zalety
można bez echa przełykać


(foto Jacek Salmanowicz)

Blanki

gałązka wierzby
wbita w gładką powierzchnię jeziora
rozpuszcza salicylowy sen

żeby nie uronić ani kawałka
świtu z jakim wstaję z trawy
rosnę ostrożnie wyjmuję z włosów
śpiące żuki suche gałązki
cały dolny świat

podnoszę na ramieniu ziewającą mandarynkę
i chłód znajduje do mnie wreszcie drogę

pierwsza zmarszczka na wodzie
zanurzam się pomarańczowo
za mną płynie dzień

fitografia

w topolowym liściu pamiętam
pomiędzy twoimi kartkami
zasuszone karmelitanki
słodkie i niewinnie blade
cóż wspomnienia się kruszą
nawet jeśli boso

przebiegają przez park
unosząc biały puch sukienkami
wprawiając w osłupienie
starsze strażniczki ogrodów
botanicznych - ławkowe panie

co wyglądają jak kukułki
z kapeluszowych zegarów
biją godziny

a ty zaśmiewasz się do łez
siedząc na jedynej ścieżce
za kładką

Dziewięćsił

na dziewięć moich kocich-niekocich żywotów
stawiała mi babka taroka
w każdym spadniesz
podobno czarownice noszą kapelusze
smyczki do skrzypiec żeby wyciąć los w dowolną nutę czasami także noże do obierania ziemniaków
w sedno

pojedyncze żywoty zioną marudzeniem
kręcą się bez potrzeby łapią sens niestrategicznie prosto
antylogika odwraca się plecami
na marnych aktorów utlenowionego powietrza
to ja nie chcę –krzyczę

oddychać czerpać więcej azotu
nie musieć żyć atmosferycznymi składnikami
korzeniami wrastać w bakterie
ośmielać popołudniowe motylki koniczyny
niech raz będą domem
i gościem żeby były tego domu
intensywnie nie chcę rozumieć

na dziewięć takich żywotów
dostałam od ciebie pisany liść
zwyczajnie niedramatyczny
z doczepionym do niego jakimś zielskiem
da ci siłę
na znoszenie tego tlenu gęstej grawitacji
oddychaj powiedziałeś oddychaj
przełknij