Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podanie o samotność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podanie o samotność. Pokaż wszystkie posty

niewypowiedziane

 czasem spotykamy starego znajomego
uśmiechamy się radośnie podajemy rękę
pytamy co tam co u ciebie i zaraz potem

otwiera się przepaść tak straszna
że ani ją opisać ani obejść

elegia

 dom zasnął jego ceglane ciało
oddycha regularnie choć bez entuzjazmu
w pokojach trwa powietrze
jeszcze sprzed czasów żywego życia

czasy ciszy- kiedy wchodzę
okna podnoszą powiekę
źrenica lustra podąża za ruchem i nie wie
czy się  zajmę czy przetrę

*

w najbardziej opłakanym stanie
znajduje się kuchnia fotel mamy
i stół na którym opieraliśmy
te wszystkie skrable wszystkie konfitury
te wszystkie awantury najgłupsze
te kochania wszystkie i ogórki

a te z kolei w tym roku suchsze

późno

 i gdybyśmy mieli usta
czekoladowe a oczy
jak maliny a dłonie

 byłyby jak widelce
a widelce jak grabie
o których mówił tata
-że czy widziałaś
żeby grabiły
od siebie

 i gdybyśmy mieli tamtą
tę jego
mądrość

modlitwa letnia

 opiecz nas i obsyp kruszonką
ulep nas jak babkę piaskową
natrzyj malinami winami
i powódź nas na pokuszenie
i zbaw w słodkiej wodzie
o temperaturze pokojowej

koniec lata

w zasiekach gałęzi
których nikt nie wyciął na czas
utknęliśmy i ja i ty i jeszcze z nami
jakiś dziesiątek populacji – siedzimy
spłoszeni nie wiemy czy mamy ze sobą
rozmawiać podawać ręce
krzyczeć hop przełóż tu nogę i przejdź
do mnie – wtedy będzie nas więcej – będziemy
razem roztropni wspierający będziemy się uczyć
jak się wyłamać z tego krzewu
jak kłamać
jak mówić prawdę
i kiedy nie


rzeka

 chodź chłopcze
nauczę cię miłości
chociaż sama nie wiem czym jest dokładnie
twoje oczy patrzą na mnie chłodno
twoim dłoniom brakuje rozpędu
i tak szybko się odwracasz

chodź chłopcze
nie będziemy nic mówić
nasze słowa zawsze mówią coś innego
naszym sercom brakuje polotu
i bez słowa protestu  odwracamy się od siebie

chodź chłopcze przyjdź
tu gdzie nigdy się nie pojawię
nasze miejsca zatarły się
na wszystkich fotografiach
wszystkie nasze listy rozsypały się i zginęły
w rzece czasu

dworzec

nie wiem co powiedzieć kiedy
wszyscy umierają
wokół sypią się raz dwa do dołu
że nie nadążam czuć a co mówić
o rejestracji
na stacji ziemia zaświaty przepełnienie
ludzie wpatrują się w mapy które rozdawali
natchnieni konduktorzy wiary
że się kończy a idzie dalej
pod nogami plączą się pozostawione psy
i samopas koty świnek morskich chomików kanarków
brak bo czytaj we wcześniejszym wersie
i czytaj w jeszcze wcześniejszych

krótkie historie

 oczekiwanie motyle w brzuchu
tusz na rzęsach na nogach buty tak wysokie
że musisz stale balansować niepewność
trochę nerwowego śmiechu trochę jakby gnało
przed siebie najdziksze ze zwierzątek
i jakiś dziwny motyw muzyczny w głowie
jakby brzęcząca aura myśli że się rozpadnie
że to wszystko nieprawda i urojenie

brak słów

a później zbierasz te wszystkie papierowe
chusteczki kubki z niedopitą herbatą
ustawiasz porządnie
każde krzesło porozrzucane książki
wymieniasz pościel
jeszcze raz przypominasz sobie że wartość
nie zależy od nikogo że nawet jeśli
kolejny raz wyszłaś na idiotkę
zrobiłaś to naprawdę doskonale

lina/ asekuracja

 jeśli miłość ma swój koniec
to ten wolny koniec
daje się związać
z innym końcem
po czyimś odejściu
dosztukować
jakoś ciągnąć dalej

gorzej z taką bez końca

będziesz dalej grał przyjacielu

 siwe góry komplikują horyzont
za siwymi górami horyzont rozciąga się
aż po kolejny horyzont i tak dalej
jak na piłce którą turla okrągła foka
niby jest zabawnie tłum klaszcze
albo może
zanosi się szlochem i to podobno
tylko taki obrazek

nie da się zobrazować tej rozciągłości
horyzontu tego uczucia kiedy serce jest
już tak małe że nie tylko nie mieści się
w klatce ono z niej wypada
mija pręty szczebelki łóżeczka turla się
po dywanie później po beżowym linoleum
spada rytmicznie ze schodów a ty siedzisz
i w cichnącym stacatto słyszysz
przedziwną melodię
którą raz po raz powtarzasz

przy

 przy maszynie do rozdrabniania
na kawałki małych ognisk przy drzewie
które nie da się objąć  ramionami
ani wzrokiem kiedy pod nim stoisz przy
ciemnej rosochatej gałęzi pachnącej
żywicą owiniętej powojem przy wilgotnej
ziemi  która nagle i niespodziewanie drży

przy słupku kiedy ktoś strzelił gola
albo i nie strzelił i teraz skrywa łzy przy
tym nieszczęsnym słowie które za szybko padło i
przepadło przy niespodziewanej kłótni kochanków
przy wrzasku nad ranem kiedy lis zajmuje pozycję
w centrum przy naprawianiu szkód przy płakaniu
przy uspokajaniu się czkając

przy domu w ogrodzie wyrywając
raz za razem żółtlicę drobnokwiatową
i podagrycznik przy śmierci taty przy
zbiorze jabłek przy ataku padaczki przy
winogronach przy odłączaniu od płucoserca
przy kopaniu dołka przy tego dołka wybieraniu
przy pisaniu pobieraniu krwi
nadal jestem
przy

 

 

podanie o samotność

 gdyby tak zedrzeć skórę z bloku twarzy
i nocne mroki mieszkań wydać światu
nikczemne zmowy niejasnych kochanków
sny niespokojne zszarzałych mieszkańców

uśpiony chrapie płaski telewizor
we śnie obrazy snując równie płaskie
mruga zielono ładowarki rytmem
późny esemes po fatalnej randce

śpi pies na łóżku wysłany po pana
list z zaproszeniem na niechciane chrzciny
śpi przytulony do chłodnej dziewczyny
puchaty kocyk czuła nocna zmiana

na dworze wiatr ujada deszcz docina
na korytarzach szczury piszą pozwy
na szafce ciężko gnie się gałąź brzozy
nad sercem sztywno ugina się mostek

i kiedy mrok się wylewa z bieliźniarki
wszystkie atomy tracą dzienną ostrość
bladzi poeci siedzą w krążkach lampki
piszą podanie o samotność

niewiele

 posłuchaj żeby być razem
wcale nie musimy uciekać
wyjdziemy z domu a za drzwiami
będzie akurat wielka powódź
więc wsiądziemy do akurat przepływającej
łodzi i powiosłujemy gwiżdżąc modne
szlagiery oraz gwiżdżąc na wszystko

i akurat tak się napatoczy jakiś inny
opuszczony dom którego nikt nie zechciał
taki który tylko czeka żeby wysiąść
i go wziąć pod skrzydła wysuszyć mokre deski
otworzyć drzwi i okna
więc po krótkiej rozmowie wysiądziemy
z tej wiosłowej łodzi i ty akurat będziesz miał
zapałki w kieszeni a ja akurat spakowane kanapki
i termos z pomidorówką i zupełnie przypadkiem
w piecu będzie całkiem suche drewno na rozpałkę
i widzisz wcale wiele nie trzeba
żebyśmy byli razem

początek

 moja matka niemiłosierna twarda
jak podeszwa żołnierskiego buta moja matka
czulsza niż bawełniany puch niż światłoczuła
błona diafragma membrana dźwięków wszystkich

moja matka zawyła i wybiła mnie z rytmu
z pływów kwantowych z superpozycji z niewiarygodnego
uczucia że się jest wszystkim więc ona
mnie zawołała i krzyczała podczas gdy ja

otwierając oczy powiedziałam - kobieto właśnie upadłam
na ziemię a potem stoczyłam się ze wzgórza
daj mi chwilę żebym się zorientowała

zwłoka

pamiętam z dzieciństwa dzieci szły do trupa
nie wolno tak było mówić bo to brzydko
(a trup mógł usłyszeć) więc nie mówiło się tego
dorosłym

zwłoki (dziwna nazwa ale i adekwatna
bo przecież to trzy puste dni zwłoki w podatku
odchodowym) truposz zmarlak jeszcze nie nasz
z czasem

z czasem zwłoki wypełniały się gazem
płaczem nasiąkały choć ze wszystkich sił
starano się je osuszyć

jak łzy

chwała chwastom

 chwała chwastom
pleniącym się bez planu
niewiernym istotom z kolcami
z haczykami na nasionach
istotom natrętnym odważnym
i nieprzejednanym
chwała ich kłączom albowiem
właśnie do nich będzie należeć
głodna ziemia i ciemna woda
do ich owoców przylgnie królestwo niebieskie

chwała przytulii czepnej chwała psiemu
uczepowi żółtlicy drobnokwiatowej
ostrożniom jasnemu mniszkowi bylicy
pospolitej

chwała zielsku które pomimo
wciąż ożywającej niechęci nieugięcie
podnosi głowę zieloną
witkę

koty

 czarne koty to dziurki wypalone w osnowie
małe portale do czegoś co tam jest
za barykadą światła na drugiej stronie
błękitów i ultramaryn. czarne koty mówią
siedząc na starych skrzynkach na schodach
wyciągając się na wycieraczkach że spoko
wystarczy położyć rękę i pomerdać palcami
żeby się przekonać co do istnienia
tamtego świata. czarne koty idące przez ulicę
drapiące się za uchem śpiące w koszyku na robótki
nic sobie nie robiące z tego że białe koty.
białe koty to miejsca w których rzeczywistość
po prostu zniknęła i za lakierowaną warstwą
naprawdę nie ma nic

półsłówka

 dzwoniłam do was wszystkich
do każdego z osobna
do niektórych w mojej głowie
do innych ponumerowanych
w moim telefonie

odebrał nikt
pogadaliśmy
trochę
pytałam o to owo
nikt pytał po co dzwonię

po nic
powiedziałam
i to była prawda
przynajmniej w  połowie

pamięć tkankowa

ciało pamięta urazy
może być złamane zmarznięte
może się przegrzać może nie jeść
a może je
boleć 

może tracić
komórki złuszczające się
może zyskiwać krwinki czerwone
może wydawać wojny
może być zaognione
może spalać
może palić
na stosie może ranić

może być
zranione


postanowienie

 postanowiłeś nigdy już nie cierpieć 
świat skurczył się do jednej pestki
awokado – śliskiej i okrągłej
z możliwością skiełkowania

postanowiłeś że nic a nic
nie będzie cię to obchodzić
nie będzie żadnego sadzenia
ani pory zbiorów

włożyłeś ten świat do kieszeni
od razu zagubił się w czarnej dziurze
podszewki może nawet gdzieś wypadł
może nawet gdzieś rośnie