Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odbicia w piasku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odbicia w piasku. Pokaż wszystkie posty

spadek

została mi garść wierszy
ślepych przewodników
po tym co ktoś czuł i kłamał
w żywe oczy
czytających

gałązka winobluszczu
zasłaniająca okno
przed żarem
popołudnia gdzieś w umbryjskim miasteczku

została mi po tobie
samotność
zasiana pierwszego poranka
kiedy szpalery słów
zamieniły się w zdanie

kamyk podniesiony
do rangi talizmanu
liść między kartkami

są między nami wiersze
w książkach szeleszczący papier
zostało mi po tobie więcej
niż mogę sobie wyobrazić

wartość

gdybym miała zapisać dziś
liczbą boga
napisałabym
zero
co nie oznacza przecież że go nie ma

w Olsztynie wciąż pada

wciąż pada
rozpadało się na dobre
rozpadały się państwa
podobnie jak związki
zawodowe
wszędzie kałuże
i odbijające się w nich
zniekształcone lica kamienic
i brak nieba

nie jest dobrze

nie jest dobrze i nie ma ludzi
a ci którzy są przebiegają
zakryci parasolami po sam dach
po sam kołnierz
w tej deszczowej ortopedii
nie ma jak i do kogo
się odezwać
i komu powiedzieć
o rozrzuconym wokół
murze

w Olsztynie pada deszcz- stary przyjaciel
przywozi nową przyjaciółkę
i dlaczego tak boli
chociaż nie powinno

już nie powinno

to może być z powodu deszczu
zwykły reumatyzm
reakcja na brak na ulicach
świateł
reakcja alergiczna związana z rozpadem
związków organicznych
w powietrzu na szarą wilgoć

miejsce

gdyby nie ostrość wiatru
co zmiękcza ludziom serca
a utwierdza twarze
można by pomyśleć

że oto kraina
którą wzięło we władanie
słońce

gdyby nie tkanka skały
na której lodowiec
pozostawił szramę
można by sądzić

że wreszcie znalazłeś
skrawek świata
na swoje życie
wieczne

kuszące gąbki mchu
osłaniające szczeliny w ziemi
kapryśne uparte strumienie
ciągnące soki z lodu
surowe serce
które i ciebie
o jakże kocha

piosenka o papierówkach

moim grzechem są papierówki
biały miąższ pod skórką
brązowe lśniące pestki
na zewnątrz biała matówka

czekam na nie co roku
odczekuje rok cały
żeby w żadnym przypadku
nie przegapić
tej jednej jedynej chwili
dojrzałych papierówek

pakować je do kieszeni
i jeszcze po jednej w rękach
moim grzechem są papierówki
innych nie pamiętam

posmak

"Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły
Biorą miód..."

teraz się tak już nie pisze ale wciąż się pisze
wiersze o lipach o kwiatach kwiaty się zrywa
suszy na napar i na herbatę na smutne dni

rwałam z tobą kwiaty i już zawsze będziesz ze mną zrywać
dziś widzę więcej stojąc pod lipowym drzewem
nie tylko kształt liści słodki zapach tych kwiatów
ale widzę ciebie jak się do mnie uśmiechasz i jak nieporadnie
zmagasz się z pszczołami znacznie lepiej z wierszem

coraz nas tutaj więcej pszczoły kwiaty cienie
nas chichoczących w koronach jak tamtego lata
ja ze swoją fizyką nauką – dzisiaj widzę więcej
i ty ze swoim zachwytem odbitym w okularach

będziemy wieczni bo wieczność to jest przecież lipa
kiedy zanurzam ręce aż po łokcie w zapach
wspomnienie jest ciągle młode smaki są ciągle zmienne
a wieczność to drzewo i pszczoły i my - lipne lato


*


Joanna i alergie , Jakub Sajkowski

widok z ogrodu

czereśnia przerosła stracha
boże jak ten czas leci
na łeb na szyję sypią się
płatki owoce liście

a my wciąż tak samo
głodne szpaki – stoimy
pod rosnącą czereśnią
w komunijnych sukienkach

ucieczki

uciekamy zawsze tak samo przygięci
jakby nam wiał w oczy wiatr
tych samych historii

zwalniamy na rozdrożach
tam się rozstajemy
z częścią gratów które wlekliśmy za sobą

coraz dalej
podnosimy głowy
coraz bliżej nam do nowej ojczyzny

z pustym sercem
wchodzimy na nowe
miejsce pełne
kolejnych ucieczek

autoportret z kochankiem

mogłabym tu podać jakieś imię
twarz wyraźną lub zamazaną
wreszcie włożyć w puste ramki
jakieś zdjęcie albo
zasuszony kwiatek

był taki mi bliski
i taki co tylko czasem przychodził
żeby zostać
na noc

był też taki co znał
moje sekretne miejsca
które mu pokazałam w ogrodzie
zupełnie niefrasobliwie
niemal przypadkiem

później zmierzył
każdy centymetr mojej skóry
i nagle poczułam się jakaś
rozrośnięta

czy chcę o tym pamiętać

malując się
umieszczam jego błysk w moim oku
nadmierną okrągłość bioder
wszystkie moje kaprysy
(chociaż tak naprawdę nie mam
nad czym kaprysić)

w ramach obrazu
moich kochanków
umieszczam mój portret

portret z pamięcią

patrzę na ciebie i widzę twarz madonny
w aureoli rysowanej kredą
jak ciągniesz suknię smutku po podłodze

płomieniem białym połyskują włosy
jakby się zdjęcie czasem przecierało
jakby był papier w zgięciach wyświecony

myślę o ustach które jeszcze mówią
i jaki wtedy miałaś oczu kolor
kiedy śpiewałaś swym małym jezuskom

jaki ślad po tobie oprócz tego zdjęcia
zdjętego dzisiaj z czarno-białej ściany
matko baranków i pocieszycielko

Orfeusz i Eurydyka

choć w różne strony
oboje
wyszli w mit

uwięziony w nutach świat podziemia
tęsknoty pociągania gałęzie oliwne
las przed nami za nami hades
pomiędzy nami przepaść

kiedy się nie dotrzyma
zobowiązania
upada nadzieja

od tej pory jedno z nas zostaje
po jednej stronie
drugie z drugą
wychodzi na powierzchnię

to tak mała planetka
że po swoich śladach
się depcze

rozmowa na ławce

ach czyta się różnie
czasem na stojąco
w kolejce
zakrywając uszy
na jazgot świata
z zewnątrz
by usłyszeć w sobie
jego echo

czasem się czyta
tak jak teraz
siedząc
na ławce
opuszkami palców
odruchowo skubiąc
wystające drzazgi

czy się dobrze czyta?
wcale nie tak dobrze
ale się nie wychodzi
ot tak dla przyjemności

wejść można z przypadku
w ów groźny świat stronnictw
wyjść siłą woli
i mocno zmienionym

co robię tutaj w parku?
łapię ostatnie światło
wkrótce zaciągną niebo
za kulisy chmury

zielony to kolor nadziei

za każdym razem ręce Dafne
zamienią się w gałęzie
nie ma ani jednej możliwości
we wszystkich światach równoległych
żeby się nie zmieniła

zastanawiam się dlaczego
jej palce się urywa i splata
na chwałę zwycięstwa

przecież to żadne zwycięstwo
uciec się do modlitwy
i związanego z nią miłosierdzia

bieg wymaga zręczności kolan
ścięgien mocniejszych niż struny
wymaga płuc jak miechy
i odwagi
by wyjść na bieżnię

jaką odwagą wykazała się Dafne
goniona 


bieg jest bezlitosny jest ucieczką
przed demonem i dla niej
nie ma zwycięstwa
a liście wawrzynu\ wiecznie 
są zielone

implozja

zabawne tyle wokół nas świata
słów pantomimy wiatraczków
tyle żartów dowcipów błyskotliwych
rozmówek
a nie ma do kogo się udać

tam gdzie jeszcze parę chwil temu stał przyjaciel
albo może nawet
wróg teraz tylko szyderczo
zieje coś
co wygląda jakby nikogo tu nigdy
nie było

i nie wiadomo kląć czy zapłakać
a może zabrać swoją torbę opuścić ramiona
pozwolić na implozję
tego próżnego miejsca które mogło się zdawać
jeszcze niedawno domem

jak pod wpływem fali uderzeniowej
kładzie się fasada
i rozwiewa dym

dachy

lubię dachy
ponad ulice
to właśnie na nie patrzę
oparta stopą
o ziemię

to właśnie je proszę
o zmiłowanie
nie Ciebie

przed kwaśnym deszczem
przed żarem
modłów lub pod ich ochronę
nieście mnie strzeżcie
okryjcie jak kloszem

dachy
ziemi korono

pasterz renów

znajdź mi jakieś zajęcie tam
a pojadę z tobą na koniec świata
rzekł któregoś razu i rozłożył palce jak wachlarz

skrzydła mam pociemniałe od oczekiwania
na wodę i na powietrze na tłuste lata
pełne ciężkiej strawy

strach
strach cię nie poprowadzi - słowo pasterza renów
stało się ciałem

fantasmagoria

gdyby pojawił mi się na plecach
tajemny znak niechby nawet święty
zostałby zmarnowany

pewnie gasłby powoli bladł
i oboje milczelibyśmy wzajemnie
nie wiedząc nic o sobie



zbudowaliśmy osadę z patyków i dymu
zanim jeszcze polizały ją pierwsze języki ognia
już zamieszkiwały tam fantastyczne stwory

to są takie bajki dla dorosłych i dzieci
brama do nich niczym nie jest strzeżona

Pitcairn

to nasza wyspa – buntowników
którzy spalili swój statek
pozbawiając się (o słodka ironio)
drogi ucieczki

do brzegu jakieś osiem tysięcy
dni i nocy hektolitry wody
pod kilem

ten spłachetek gruntu
pochodzenia wulkanicznego
stał się nam
domem
jedyną opoką
piekłem
i rajem na ziemi
w węzłach wiatrów i fal

do stałego lądu jakieś osiem tysięcy
przekleństw nieufnych gestów
gestów przyjacielskich
gestów miłosnych
gestów
nierozpoznanych (jeszcze
a może nigdy)

gestów wbitych w szmaciany chodnik
wydarty spod żebra ziemi
wydarty morzu z gardzieli

naszej straszliwej tratwy

List z fotografią Hrabiego Plujol, do Barbary Animaux

Droga Barbaro, piszę ten list
bo czuję, jak odchodzi ode mnie
znieczulenie wieków
ale też i kończy się żywy ból mieszany
z egzystencją.
Dziś piję, droga Basiu, doskonałe wino,
którego nawarzyłam sobie w przeciągu
tych paru krótkich, acz sromotnie przegranych
wojenek.

Hrabia Andre Plujol
twierdził, że młodość jest tylko krótkim incydentem
klasy robotniczej
i podobnie jak ona
- hałaśliwym.

Nie wiem, co o tym myśleć
Droga Barbaro,
te kieliszki od Andre
nieco mnie uwierają, zwłaszcza gdy do nich piję,
możliwe, że rodzina Plujol
miała węższą część twarzową
czaszki.

Dziś, gdy wspominam Hrabiego i młodość
myślę,
że miał wiele racji
- to była istna harówka
pełna hormonów i mgły.

z księgi kucharskiej

wdepnęliśmy w niezbyt gęstą zupę
gdzie ziemniak do ziemniaka ma
cały szmat drogi i ze dwie pretensje

odległości przemierza się tu kantem
naczynia – jego obrzeżem wędrując i wędrując
wzdłuż wzorka w wersji wintage
albo art nouveau

po drodze gwiazdki makaronowe
literki splątane nici spaghetti
rozmaitości wkładki która codziennie
winna być pożywna i zapewnić
zapas energii tak samo jak budulec

wszędzie daleko – gmeramy palcem
w zupie odsuwając ziemniak od ziemniaka
marchewkę od selera blade wiórki kurczaka
od kości nie opuszczając talerza