Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polowanie na czarownice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polowanie na czarownice. Pokaż wszystkie posty

krzemień



ziemia rodzi kamienie bo cóż
innego ma rodzić skoro ma serce kamienne
i piach co sypie się między 
swojemi

ziemia rodzi kamienie
na polu w pół pochylona
w brudnej brązowej przepasce
w bruździe wśród ruchomych piasków

rodzi kamień jak skały
jak trwałe pomniki cierpienia
i iskra z tego kamienia – zarzewie

chwila przed

siny świt sączy się przez szybę – czas
rozkruszyć dni i jak głodnemu ptactwu rzucić
deszczom burzom wiatrom- teraz
idzie zamróz

drętwieją kalosze i palce traw wskazują
jeden jedyny kierunek
północ

z głośnym łoskotem
zsuwa się po zboczu księżyc wprost w ramiona
rozwartej paszczy ziemi
ta go łyka i warczy

na jej skórze wschodzą białe kiełki szronu
wbijają się w ciało powietrza
boleśnie kąsają stopy drzew i serce
zasnuwa się mgłą

bezruch
to jest ta chwila przed


obudzeniem

jesień

płetwy w szafie igła wbita w poduszkę
najeżoną już przed cerowaniem
wszędzie druty
pasma włóczki
skłębione pod czujnym okiem zachodu

nadciąga
hałastra gawronów
i obsiada nasze drzewo
jeszcze przed podróżą

tego swetra nie wolno prasować
zwykł się w niego zawijać mól książkowy
i gryzł
i drapał
jeśli go tylko poruszyć

na schodach kałuże
jeśli się przyjrzeć to jakby kawa
albo herbata
albo krwawa mary
w każdym razie coś
lepkiego
co paruje i nasącza tapety
niezidentyfikowanym zapachem

wkopałam w szufladę słomkowy kapelusz
jest to jedna z ozimych sadzonek
której nie jestem pewna
czy wykiełkuje wiosną

możliwe że nie
bo tym razem nadciąga naprawdę
zła
naprawdę ciemna
hałastra gawronów
które skubią nasze pola

niedomówienia

był na tyle drobnej budowy że mieścił się
między słowami przemykał jak płochliwa pardwa
albo mysikrólik odciągając uwagę od gniazda

gdyby przynajmniej można było wyczytać ból
z jego oczu albo wywróżyć z języka radość może można
-by dotknąć tak łatwo jak się drżące stworzenie
umieszcza w zgięciu dłoni

można by było oswoić znaleźć wspólne słowo od którego
rozpoczęłaby się wreszcie szczerość – klucz
do dwóch zazębiających się światów leży
jak na dłoni na gałęzi gestu czasem nawet bywa
wypychany przez zęby jak świst powietrza

ale był na tyle drobnej budowy że nie mieścił się
w pojęciu wymiaru – przemykał czasem zostawiając ślad
w postaci przetrąconego liścia który kołysał się to w jedną
to w drugą stronę

i tylko drobne roztargnienia demaskowały
skrupulatnie skrywane

zaświaty

są światy gościnne gdzie rzeczy płyną
jak z czarownego młynka manna
tam ciągną wędrowca
manowce- zamorska przyprawa

podróżniku jeśli pieprz i sól
wiozłeś w swych sakwach – czas
byś stanął i mi się tu stał
na rozdrożu gdzie karczma

nie szukaj tęsknych pieśni
ani oczu tęsknych
nie walcz nie płacz przyjdź
do ognia gdzie ja

tańczę choć nie tańczy nikt
i nikt się stąd nie rusza
syp sól i pieprz i pieprz i sól
słuchaj

jedną nogą

jedną nogą wdepnęła w cebrzyk z wodą – ciii
kąpał się tam wcześniej księżyc więc nie mówmy o tym
to będzie jej tajemnica drugą nogą
wdepnęła w cebrzyk z mlekiem – źle
w mleku kąpały się strzygi zmory wrócą
wrócą po swoje zobaczą ślad zaznaczony jak grubą kreską
strach padł na świat

na twarz na ręce więc je pod fartuch schowała – raz
a gdzie podzieje zmoknięte stopy - one powiedzą
biec biec na przełaj byle daleko gdzieś poza ogród
i sad wieczorny sad uwięziony w splotach warkoczy
w splotach jemioły gonią ją gonią
po śladach białych po śladach srebrnych śladach od rosy
w piach

o śniegu

taki z niego chojrak
sypie znienacka w zupełnej ciszy
wyjawia każdy brud a w akcie miłosiernym
zasypuje nas milionem zimnych oboli
każdy piękniejszy od poprzedniego
usiłuje namówić
żebyśmy wkładali je pod język
dotykali dłonią i zamieniali swoje cienie
w skrzydlate anioły

chce odwrócić uwagę
od śliskiej powierzchni
ukrytej pod spodem coraz to mocniej
ugniatanej ciężkimi maszynami
i naszą zabawą

później skrzypi wespół z mrozem
przygrywa w słońcu krzesze skry
spod płóz sanek
cieszcie się cieszcie trzeszczy
póki nie przyjdą roztopy

śnieżyca

zasypało nas na amen – spod śniegu
jeszcze tylko wystaje wieża kościoła
jeszcze ona się broni
sama nie wiem czy wielkością
czy może siłą modlitw
jakiejś szczególnej wiary

zasypało nas a może
przykryło po prostu kołdrą
odcięło od stanu rzeczy
od kontekstu widzianego z góry

a może nas chce udusić
z naszymi małymi buntami
grzechami z wieczną tęsknotą
która nakazuje nam palić mosty
przed sobą a później płakać u brodu

może litościwie chce nas zniszczyć
dokonać tego co robimy sobie sami
tylko szybciej łagodniej i czyściej

i jedynie wieża kościoła
ta głupia rzucona w niebo iglica
uparcie chce nas ratować

(bronić)

smak

kiedy byłam małym chłopcem wszystko wydawało mi się
duże i piękne a później dawało mi się na pastwę
jak teraz na żer mi się wydaje światek skupiony
do paru krążków cebuli

teraz nie jestem ani chłopcem ani małą dziewczynką
jestem kimś nieodnalezionym jeszcze i tylko to wiem
że lubię smak świeżej cebuli umiejscowiony u podstawy gardła

nawet już później kiedy po posiłku piję podłą białą mądrość
zmieszaną z egzotycznym żółcieniem w pomarańczach
w zakamarkach głowy pojawia się
ów ostry ożywczy aromat wyrosły tuż pod nosem

zapach świata kojarzonego ze smakiem i niesmakiem
z bogactwem związków eterycznych witamin
i takim zwykłym prostackim niepoznaniem

sztuka wiązania słów

pierwszy dach – odpowiedź na pytanie
co to

pierwszy więcierz koszyk na strawę
na codzienny chleb ręcznik
płótno grubo bądź cieniuchno
utkane

szata
ochrona przed upałem
przed słotą
głodem i chłodem

i jednocześnie oręż
i ostrzący go
a ciągnący w dół kamień

Łża

obiecała sobie że już nigdy się nie rozpłacze
przed nikim przez nikogo za żadne
skarby nieba i ziemi – obiecała walczyć
ze sobą na każdym froncie

jadła dynamit połykała kamień
śliny * wybuchała rzadziej
niż kiedyś
tamto wczoraj było
ostatnią łżą z jaką ją widzieli

Z miasteczka. Dawid

chciałabym wierzyć
że Dawid był tylko zwykłym chłopcem
o brudnych rękach i niezgrabnych ramionach
którymi wzruszał

jakby wszystko w koło było łatwe proste
twarde jak kamień pod jego wielkim butem

chciałabym wierzyć że był zwyczajny
że nic nie szarpało jego strun
poza psotnikiem wiatrem i porannym dzwonkiem
mleczarza

ale nie był
ani tak kanciasty jak chciał się wydawać
ani tak milczący a jego palce
kiedy dotykały harmonii
rozbiegały się w świat

jesień

słyszałam krzyk nagonki na jaskrawych polach
wściekłe psów ujadanie ujadanie wzroku
w lufach broni palnej wygłodzone czoła
odbite w krwi gorącej
tylko o krwi myślały

czułam zapach tej krwi czułam zapach ciała
zgrzanego jesiennym słońcem rudziejącą trawą
i czułam psów ujadanie lufy zimną gładkość
a strach mnie przycisnął jak ofiarę do pnia

i widziałam chłopca gdy przyłożył oko
do celownika broni i pozwolił sarnie
przejść obok swobodnie patrząc za tym chłopcem
ja bym szła i szła

wodnik

w rozchlapanych butach siedzi sobie wodnik
na kamieniu niby głaz nad oczkiem wodnym
duma

jest tak czy nie tak?

wycięli mi łozinę wycięli za nią gaj
za gajem młyn jak młynek szumiał niebo rwał
odbite w rzecznej misce

(dziś nam wodnikom
śmierć)

z łoziny plotłem wiecheć i prałem wody grzywę
a ona szła jak burza dokładnie tam
gdzie chcę

i było tak czy nie tak?
nad łyżką wody w śnie
tak kiwa się zielony
jakby miał topić chęć

spiżarnia

a przecież nie trzeba mieć wiele
żeby mieć wszystko czego się chce
i nie chce

tęgie korzenie marchwi
powiązane w pęczki i pleciony wieniec
płaksy cebuli białe zęby czosnku
kukurydziane skrzydła

jesień wiosna zima surowa
to wszystko zmieściłam w dłoni
skrzypiący cień topoli brzozę
chodaki śpiące pod stołem

i babę i konia z wozem

o naturze zazdrości

gdyby stanęła przede mną
zagryzłabym ją

a tak

ocieram usta chusteczką
i myślę sobie – spokojnie

daj ci boże zdrowie
daj ci boże pokój
daj ci boże daj

pomyliłam się

pomyliłam się
nawet dość sromotnie
biorąc strączek fasoli za kokon motyla
albo odwrotnie
się pomyliłam

trzeba podchodzić ostrożnie

nie dotykać niczego co buja
w obłokach lub na łodyżkach
nie słuchać szelestów bo to wiatr
szeleści niestworzone historie

a mi trzeba stworzeń
żywych ciepłych prawdziwych
którym można ufać
obok takich
można przymierać głodem


pomyliłam się
nawet dość sromotnie
biorąc strączek fasoli za kokon motyla
albo odwrotnie
się pomyliłam

trzeba podchodzić ostrożnie

nie dotykać niczego co buja
w obłokach lub na łodyżkach
nie słuchać szelestów bo to wiatr
szeleści nieistotne

a mi trzeba stworzeń
żywych ciepłych prawdziwych
którym można ufać
choćbym zamarzła głodem

święta warmia

może trzeba by na jej granicy zdefiniować
świętość – cechę opiewaną w źródłach
księgach myśli o niej
może

podobno archanioł przelatujący
nad nią najgościnniejszą
z zachwytu i zapomnienia
upuścił wór pieśni
i tu upadły
może

może wszechmocny
w wieki a nieśmiertelny

w lasach pomiędzy łagodnymi pagórkami
ciepłej a niewstydliwej matki ziemi
bije serce warmai – trzmieli

i sama nie wiem jak to się dziedziczy
tę świętość od najnieświętszych
czasów

jak się nasiąka nie krwią a miodem
nie suchym pyłem a żywicą
jak się ciemnieje od lasów szumnieje i źródli
i szkli się od zimy i błoci

może wszechmocny
wielki a nieśmiertelny
pełny jej gościnności

jesienne śródpole

wyły za mną łopiany
córko dziada czy byś mogła
wstać i zagadać
albo zmilczeć

zaszumiały osty
siostro
gdybyś kolczyk zagubiła mogłabyś
nie krzyczeć

zwisły kukliki
jesiennie zwisły i zawinęły płatki
ach już nie jesteś gładka
matko

zrumieniły się głogi róże
pękato
z cynobrem poranka
zachodu pałatką

aż jastrząb w jarzębinowy gąszcz
zanurkował by kurę

upolować

córko
siostro
i
matko

*


okno na świat

buduję sobie dom z samych okien
na różne rzeczy
oto makatka z aniołem z oknem na to
jak się kładzie nitkę a to wieszak
a to szydełkowa serwetka przez którą się wygląda
i patrzy jak się nitki plącze i jak się składa w całość
to podłoga – moje okno na kolor
koce– okno na ciepłotę a także na trawę
na piknik i robienie namiotów
pod stołem

okno na moje czuwanie lampka
podstawka pod herbatę
okno na zgodę
na pogodę dzbanek
- okno na kwiaty

buduję z siebie dom z samych okien
to kulawy dom - nierównomierny
nie elegancki nie ułożony
może dlatego że ja
a także ci których do niego proszę
wciąż wyglądamy na najróżniejsze strony