Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozsypanki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozsypanki. Pokaż wszystkie posty

pustotka

 ubyła jedna istotka tu była
i się wyniosła i łóżko teraz większe
więcej miejsca do siedzenia
jedzenia więcej i więcej przestrzeni
w lustrze (w ogóle lustro mniej zużywa się)
światło z okna masz całe
dla siebie
podobnie światło w lodówce

ale kot taki jakiś niedogłaskany
gary niedomyte telewizor niedooglądany
nieład niedoładzony zupełnie jakby istotki
naprawdę ubyło jakby się zdarzyła
teraz  taka pustotka

uwierzyliśmy metaforze



uwierzyliśmy metaforze że ten czy tamten świat nie spłonie
a popatrz ponad horyzontem dzieją się właśnie pierwsze ognie
uwierzyliśmy w brak połączeń że nas zupełnie to nie dotknie
a spójrz nad tą niczyją ziemią pełza znajomy groźny płomień

uwierzyliśmy metaforze że wszystko to są tylko chwile
i wmawialiśmy w siebie sobie że jestem jesteś byłam byłem
że kiedy przyjdzie się odwrócić choćby do wroga nagim sercem
to strzała wypuszczona wróci bo w metafory jest opiece

uwierzyliśmy że tak można bardziej z daleka raczej bokiem
i metafora zjadła groźna nas ziemię strzałę serce ogień

Władco



niech ci się śni wygrana zwycięża– my
tu w znacznie rozleglejszej krainie cierpimy
na gniew i wstyd powiedziano nam że szechina

jest dziełem naszych wrogów nic bardziej mylnego
twoja pieczęć władco obecnie jest nam jedyną
możliwością prawdy mówiłeś nie wierzcie  prorokom

prorokiniom co głosić będą zmierzch wykluczać będą
według upodobania a później wezmą to
co im się marzy

przed takimi czasami władco mnie przestrzegałeś choć
błądziliśmy oboje  po nierównościach ksiąg po nieskończonej
możliwości rozwiązania

z listów [3]


pytasz mnie władco dlaczego się kryję
surowo karcisz ten według ciebie
brak hartu ducha jaki przystoi
wojownikowi wielkiego Rzymu
a ja odpowiadam królewskim pismem
zwiniętym ściśle i opatrzonym
moją pieczęcią tu jest pustynia władco –labirynt
dróg możliwości i lwów nie z areny lecz na wolności
leżą na skałach jak wielkie cienie

patrzysz z przekąsem jak chwytam skraj szaty
i szybko zmiatam zamiatam za sobą
tropy i ślady jak ścieram kropki jak drę papirus
usuwam plany
wyrywam całe połacie gestów pragnień i woli
wyrzucam służbę wyganiam gości niszczę kapłanów
zamykam komnaty i siadam nad Nilem
zaciskam wargi

kładziesz mi władco dłoń ciężką na ramię
piszesz rozkazy swoim kohortom i mówisz ucz się
wyjdź na spotkanie nubijskim wrogom
oprzyj się o mnie a ja się wielki cesarzu boję
tu jest gorąco febra malaria żaden wojownik
nie będzie w stanie znieść swego ciała
więc zniesie na tacy
królewską głowę

slajdy z podróży

(Justynie i Rafałowi)

Baron wysyła mi prezentację – na maleńkim ekranie
Baron Smyku i ja na wozie i pod wozem. Wielkim
suniemy szlakiem to tu to tam zamiatamy magmę.

Baron ze swoim lekko nieswoim humbakiem
pod pachą uśmiecha się triumfalnie Smyku ze Swarkiem
/obiekt pożądania dam przepełnionych biologią ornito-
logią mężczyzn ach obiekt pożądania/ zakopuje ogryzek
w hałdzie.

Baron posyła migawki mi gnięcia okruchy lodu
kawałki lawy skrzepłej na tym co juz raz i zawsze
i już nigdy nie będzie. Smyku mówi i ja nie będę
tęsknić nie mam zamiaru a my się dąsamy miny robimy
przeciwpancerne że jak to nie bo wiemy że tak naprawdę
to nie.

A Smyku smyk smyk list śle przez listopad że to nie on
że Swarek za Baronem za Janem a tak naprawdę
za tą Islandią wygląda.

lunatycy



nie stać nas na bezsenność więc przekornie
szafujemy nocą myszkujemy po łączach
w szufladach i kieszeniach grzebiemy nieprzytomnie
to co się wydarzyło – jest tylko tu i teraz

ktoś musi spaść by ktoś mógł siedzieć na księżycu
i ze skraju dachu patrzeć na gołębie
więc przez noc przez pokój nurkujemy w siebie
niepokojąc uśpioną stratygrafię umysłów

nocą jest nocna cisza a my piekielnie rozrzutni
wyrzucamy tej nocy śmiech całymi garściami
śmiech spada na głowy gołębiom (i dobrze bo ich nie lubisz)
i jeszcze toczy się echem kiedy już zasypiamy

polityka



władco obiecałam pisać cóż
chęci są słabymi posłankami słów – świat
złości się na moje i twoje
panowanie

chętnie zzułabym koronę i rzuciła
w dal jak zużyty pantofel – ta
tkwi na mojej stopie niemal przyjacielskiej
ma przyzwolenie czasu nie ludu

lud jak zwykle gorący lub lodowato
zimny wiwatuje półgębkiem – wycina
przeręble odcina sobie drogi wiedzy
nogi i ręce

cezarze ten świat stoi
na krawędzi

z listów [2]

życzysz sobie władco wieści – co mam ci opowiedzieć
pomiędzy zbrojnym butem Rzymu a niepokorną pustynią – morze
historii

ty wznosisz pomniki budujesz domy nam tu przyszło grzebać
w piasku to czego nie chciał strawić wiatr ani roznieść
na cztery strony

ziarno za ziarnem układamy szaniec (dla niektórych to droga)
broniąc dostępu do naszych granic - a jednak
oko w murze wciąż jest czujne

mówisz mi nadal królowo co z twoim krajem
jakie podatki płacą ci którzy kornie schylili głowy
kiedy przetaczała się nawałnica

a ja posyłam ci dzbanek pełen wody jedynego
złota jakie przyszło nam tu zgromadzić

Warmia

to zrozumiałe – chce się kształtować
nieco dziką ziemię której serce
wciąż jeszcze ma posmak
dziurawca i żwiru
demonów
które w chwili gniewu
(albo miłości) mamroczą
swoim odrębnym językiem

na pozór leniwe
łaskawe
wody Symsarny
potrafią jednak się wzburzyć
zaburzyć nurt spłynąć
popłynąć inaczej

lasy pełne dziwadeł
i czarodziejskich zwierząt których nie dotknął
człowiek ucywilizowany
mogą ruszyć ze swego miejsca
odejść lub walczyć
lub zniknąć
kiedy tak trzeba

a trzeba być ostrożnym
jeśli brak doświadczenia
wojownika nieulękłego serca
mocnego lecz sprawiedliwego
miecza – trzeba być ostrożnym

to zrozumiałe że się chce kształtować
posiadać żądać siać lub zostawiać
ugory
ale nie można sądzić
że to właśnie tak
się oswoi

morskie podróże

sen stał się jawą jawa widziadłem
w zwierciadle otwartych dłoni
przez linie zmiany daty
płyniemy w nasze dole

za wschodem słońca płyniemy raźno
wyraźnie kierując łodzie
dziobami na przekór falom
rzeźbiącym bruzdy wodzie

ze snu i jawy żagiel utkany
wciągamy dziarsko na maszt
by się uleczyć wśród niebezpieczeństw
ze wspomnień co rzeźbią nas

wędrowny kramarz

przystojny po wsiach oswajał dziewczęta
biegały za nim a on świecidełka
sypał pod stopy rozwijał wstążki
składał koronki aż po sam zachwyt

na desce lśniące układał szkiełka
że choć tę deskę znały od zawsze
to nie poznana była ta deska
słodka i piękna aż po sam zachwyt

tej podał grzebień tamtej lusterko
tamtą rozsmucił inną zabawił
tej co się boczy błękitne szkiełko
dał osobiście aż po jej zachwyt

i kramem mamił lecz każdą szczerze
i z każdą kochał choć krótko wierzył
w bogactwo serca i jego zachwyt

nadbrzeże weneckie

teraz ci się zdaje
że można po prostu posłać
więcej łodzi do omijanego miasta

na nic stroje okręty parady
córka piekarza już tam nie mieszka
nie przybiegnie podziwiać twojej chwały
w pełnej krasie – Silwestro

ominąłeś Moreę tym i poprzednim razem
wszyscy to rozumieją – wieczny brak czasu
(no i fascynująca Chryseis)

a ja przed miesiącem ją jeszcze widywałem
jak biegła do portu
jak wpatrywała się w fale
jak zamykała drzwi

z listów

czy cesarzowi wolno tęsknić? pytałam cię
cesarzu najmniejszego na świecie państwa
wolno odpowiedziałeś nawet trzeba bez tego
nie ma ani mojego królestwa ani twojego
królowo największego państwa na świecie
górnego i dolnego Egiptu

rozszerzamy granice i cofamy według uznania
dokąd można sięgnąć patrząc w dal
wiodąc wzrokiem za ciągnącymi
oddziałami posłańców których nie posyłamy

w Egipcie susza skazała papirusy na zanik
piszę ci w ostatnim liście. Rzym łupią wandale
nie mam czasu zająć się nawet własnym sandałem
a co dopiero jechać gnać na złamanie karku
ale patrzę królowo patrzę przez palce

jak siedzisz nad brzegiem rzeki zacięta
ostrym liściem papirusu. czuję jak łykasz ślinę
w suchym powietrzu. ja słyszę jak szumią
twoje znaki na drzewcach jak tną powietrze
ostre miecze. to już niedaleko w miejscu serca
dzielimy los papierem



sieciarki

przycupnięte na kuchennych zydelkach
tulące się do ścian poczekalni i ośrodków
życia kulturalnego – wiejskich sklepów

o dłoniach poznaczonych błękitnymi żyłkami
jak rodowodem jeszcze sprzed - gdzie to sięgać
pamięcią - mówią w palcie chustce i bez

zakrzywiają drapieżnie palce na sąsiadkach
na tych z tamtej klatki wnukach – jak na poręczy
złote oczy z obawą mrużą od nieznanego
światła

autoportret z kurą pod pachą

pani mnie maluje w ciemnych barwach
pani mówi - nie znam się a jednak chwyta
za pędzel i smaruje po papierze

pod łokciem mam kurę całkowicie
nieudomowioną to jeden z tych ptaków
które znoszą jajka zawsze w krzakach porzeczek
albo między stosami drewna i trzeba ich szukać

oko mam okrągłe w tym obrazie
i głowy tak nie przechylam niechże pani poprawi
moja prawa to pani lewa a ja przecież
nie stronię od kur choć pod piórami
mają zupełne i czyste nic. straszne

że się na to zdobyłam - żeby wziąć
kurę pod pachę czego się nie robi
dla potrzeb portretów wie pani co?
zamienimy się rolami
- kura z kobietą pod skrzydłem

jaka to jest?

a taka
że gdy na przystanku sama
stoję - nie jestem samotna
po prostu czekam
na autobus

i jeszcze
mogę się złościć i wiem
że mogę się złościć
jeszcze

że kiedy nagle z torebki
wypada mi klucz to jest
do domu
a gdy nie wypada
śmieję się

jest naga i zwinna
kapryśna
a czasem bardzo poważna
inna

godzina jakiej nie znałam

ojciec Laurenty

kiedy nim zostałeś Laurenty
ze świętą Magdaleną i brodą jak święty
a jeszcze zupełnie niedawno
pamiętam
ten wiatr w butelkach
i bełkot że coś jak się dzieje
to dzieje się w nas

smoki

Danusi

na samym brzeżku chropowatej kory
jest mały kraj którego imię należy
wypowiadać szeptem

w zupełnej ciemności

mieszkają tam smoki
po pożarciu baranka
o policzkach pełnych tęsknoty

czasem smoki zioną sobie
ogniem przypalając tę lub inną
ścieżkę ot tak dla zagłuszenia
ochoty

i z czasem też chcą się wydostać
z tego świata wydrapać sobie oczy

majątek

parę uprzejmości równoważniki zdań
kilka tytułów książek
jakiś z przypadkiem zaplątany
film

kawałki przechowywane czule
w kieszeni na dnie szafki
myśli o nieokreślonej
temperaturze

- majątek

to może to
w co jeszcze się wierzy
że gdzieś tam był
początek

układanka

i po kim po czym nosimy plisy
na granatowym stłuczonym ciele
na jasnej bluzce znaki przewodnie
pod szyją guzik pętla niewiele

czemu miesiącem stał się miejscownik
rok odkładany jak spód zbyt krótki
czemu choć głowę nosimy śmiało
nie chce wyjść poza obrąbek spódnic

i w biały mankiet chowamy chustkę
wzrok odwracając za każdym razem
że za strój wpiszą nam niegalowy
że nam wykrzyczą usta złamane