Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjawione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjawione. Pokaż wszystkie posty

obiady

książę karol z karolewa
hyc hyc na koniu z mieczem po przodku
pomyka kopytkuje jakby na talerzu
się wyciągał

książe lubi tak z gruszki i pietruszki
sypać dłużyzny na rancie półmiska
a konik parska piaszczy się i pryska

i tak się pędzi – obiad za obiadem
wgniata makaron pod siedzenie krzesła
mieczyk po przodku strasznie bodzie zadek

poza słowami

oczywiście że możemy wszystko zrzucić na odległość
od ust do ust jest jakieś 50 centymetrów
i słowa zniekształcane są przez drgające
cząstki powietrza

możemy też uznać że kształt głosek
które formujemy mniej lub bardziej okrągło
przyśpiesza nam puls albo wręcz odwrotnie
każe uciekać

możemy zapomnieć o przyjemności wyrazu
błogosławieństwie wiersza czy zwykłej rozmowy
możemy zdając się na fizykę
po prostu zapomnieć o tym

sidła

szczygły trznadle bekasy gąsiorki dzierzby kszyki
wszystkie nasze brzuchate głoski dźwięki litery
łowione w sieć neuronów w potrzask giętkiego języka
chwytane po dwie za ogon

i w gorączkowych uchwytach zmuszane do treli i beczeń
do piania na oślep do rana w klatce z kościanych żeberek
zbierane niczym hosanna i darte w niebo na papier
darte jak ostrze w perzynę

zlewane jak rzeka w atrament w ścianę
rzucane jak grochem o puszkę czaszki oparte
chowane pieczołowicie pod wiekiem
w drewnianej skrzynce

na rybika

zasię pod jedną wanną siedzimy rybiku
z jakiejś wyższej przyczyny pozbawieni cukru
ty ogonkiem bezradnie merdasz towarzyszu
mnie w tym niejasnym miejscu trzyma własny upór

przymierze

przymierzmy dłoń do obrysu (miejsce – jaskinia Gargas)
przymierzmy tak by się zmieścić i ani pół palca nie wyjść
za przeznaczone
miejsce które oblewa farba

w jaskini chłodno a nam w głębi
czaszek igrają światła
i przenikają na zewnątrz wraz z gęsią skórką pamięci

jak w święte patrzymy w to miejsce
jak w ludzką dłoń w obrys czasu
patrzymy w ścianę jak w siebie
w myśl zawieramy przymierze

list

o czym można powiedzieć kochany z dalekiej Syberii
wieki już mówią ba skarżą się dziewczyńskim głosem
tos z ziemi Jukagirów jest nadal żywą łzą na korze
brzozowej głos spisany odrębnym językiem

od wieków kora stanowi najlepsze podłoże
do przesłań i głuchych kołatań za pomocą linii
splątanych w zgrabne znaczki czy zdobne hieroglify
czy też jak w tym przypadku najprostsze obrazki

o czym ci mówię w tym liście tnąc równoległe karby
krzyże więzów zacięte czy nadal to rozumiesz
jak krążą moje myśli gdy ponad prostym znakiem
rysuję pętle

dywan

najpierw trzeba było przeciąć sobie przejście
w gęstej chłodnej mgle zanim promień słońca
liznął pierwsze ciała leżących na ziemi
tęgich wojowników – każdy w pełnej zbroi

było ich pięćdziesięciu może trochę więcej
może był tylko jeden nie pamiętam dobrze
bo każdy mógłby sam starczyć za całą kohortę
gdy śmierć zaostrzyła mu bezbronne ciało

później szliśmy wśród bestii strasznych hipogryfów
drących pazurami strzępy drogich tkanin
barwionych koszenilą jak gdyby wiedziały
że do tego królestwa na środku dywanu
wejść można tylko w strachu i zupełnie nagim

gdy droga powężała otoczyły nas ciche
ufne wielkie jelenie z miękkimi pyskami
a ciepłym oddechem budziły nam na karkach
lodowate dreszcze – pokłońcie się ziemi
przed tym co nadciąga przed tymi co polecą
z wami na dywanie i lecieć będą zawsze

krążyć dookoła w spętlałej przestrzeni
szerokiej bordiury – granicy zaświatów

weszliśmy w salę środka stworzoną z kwadratów
liści dziwnej rośliny znanej tylko Urartu.

z myślenia o architekturze sakralnej

popatrz ten okruch ołtarza
przywędrował z dalekiego środka kosmosu
-ja
i to co się w ja mieści
czy przywędrowało razem
z nim

kamień tyle razy mielony kruszony
topiony i wypływający
na strumieniach lawy
złożony z natury
podstawowego pierwiastka

i ja tyle razy
mielona skruszona
topiona i wypływająca
w strumieniach
zbudowana z natury
kamienia
chłodnej gwiazdy

zapach

kwaśny zapach portu pochodzi z tajemnic
drzemiących na dnie beczek i zmurszałych
skrzyń mieczowych
kwaśny jak cytryna zapach
portu

kwaśny zapach ostryg pochodzi z tajemnic
drzemiących na dnie muszli i zbielałych
pereł bolesnych
kwaśny jak portowy zapach
ostryg

kwaśny zapach octu pochodzi z tajemnic
drzemiących w winach na dnie zatopionych
beczek naczyń pełnych mieczy i skrzyń
z perłami jak ostryga zapach
kwaśny

kwaśny zapach potu pochodzi z tajemnic
ciała pereł i ostryg i skrzyń pełnych mieczy
pochodzi z portu zepsutej oliwy
długotrwałego czekania
na przypływ


(4)

prorok

dopiero sekcja zwłok Jonasza wykazała
że pożarł wieloryba
nieomal w całości – jakiś nieugięty fiszbin
przedarł się przez otrzewną i wydobył
na światło dzienne smutną prawdę

niestrawność

umilkły laudacje
wiwaty w pół słowa zamieniono na lament
po kim?

po chronionym coraz rzadszym ssaku
czy może po niefortunności
ofiary

bóg podobno wtedy ocalił miasto
od swej własnej ochoty- zagłady
a z tej historii starożytne acz ciągle piękne panny
mieszkanki Niniwy wyciągnęły ważne nauki

dobry fiszbin potrafi wyjąć prawdę
potrafi też ją doskonale ukryć

zaczyn

szeleść głośniej szeleść
rżnij smykiem po godzinach
czarnych wilgotnych

czarć się przewracaj
oczami językiem
macaj zęby policzki
poliż
żwir

gryź jak skibę
znalezioną w roli
wyssanej z kołyski

jak ogień nieś
rozniecaj - gdy

w gardle rośnie chleb
z gliny z pieca

litania

o chuda anatomio jawnozłośnico
co z paru kostek i połcia sadła
otwierasz ciało o fizjologio
która kazałaś strawić
dzień boży cały i wciąż głodować

o morfologio ucieszna co rośniesz
w prawo i lewo pozujesz strącasz
o elektryko motorze wspomnień
o stratygrafio naszych połączeń

o czuła pompo w strumieniu czasu
głuchy kafarze rytmów dobowych
arko przymierza módl się za nami
głosie zza głowy

pod miotłą

zakradłam się do komórki niechcący niemal
miedzy pęta kiełbasy i gomóły sera
się zakradłam a tam

moiściewy dobroci wszelakie
jadło jadłam i piłam piło i wzdychałam ach
jak by było dobrze tak na zapas

ale z tych niechcących ukradków
kiedy cię nie proszą do stołu a tylko drzwi uchylają
to raczej jest myszkowanie pokątne
żadna gościna

więc za miotłą stanęłam myślę niech się stanie
co chce i może tutaj struchleję bom winna
ale nikt już nie przyszedł
nikt nie wymiótł nie pytał

golem

onaki wznoszą pomnik
ku
czci
Wielkiego Kreatura
piszą pod nim
oto król – niech żyje

aparaty do połączeń

ponieważ onaki wciąż tłukły się po głowach
a ich powierzchnia nie dawała podstaw
do badań

Wielki Kreatur postanowił
im prędzej zbudować aparat
(tym lepiej)

aparat wymagał stosownego czasu
przykręcenia i kalibrowania
a także skali porównawczej która pozwala
wygaszać szumy

pierwsza próba komunikacji była udana
a przy okazji okazało się
że onaków jest więcej niż jeden
rodzaj

może to jakaś skrzywiona śrubka w jednym
z aparatów wzorcowych dychotomia albo
jakaś niewyjaśniona mutacja
spowodowała odkształcenie
eksperymentu

po paru układnych gestach przyjaznych
uśmieszkach
natychmiast zaczęły się wyrażać
i to na różne sposoby nierzadko
z pełną obsceną

każda próba niesie ze sobą jednak
pouczenie więc Wielki Kreatur zaciera
ręce zaś dla uspokojenia
zbudował im
specjalne miejsce

piekło porozumienia

tygrys

wczoraj zaczęła umierać moja druga ręka
wyciągasz znowu macki
moja święta chorobo
gdybyś chciała mnie złamać
nie uklęknę
z tobą

mam coraz zimniejsze palce
to prawda
w nich coraz mniej czucia
to możliwe
a patrz papier jest cierpliwy
ja jestem
cierpliwa

wczoraj w nocy przyszedł do mnie tygrys
zdrętwiałam ze strachu
lewa ani prawa
ręka nie była przydatna

czemu tak chce się walczyć błogosławiona
chorobo czemu tak bardzo chce się
wyszarpać

pogoda

jest naprawdę gorąco a słoma jest złota
na polu zbiera się na zapas zbiera się na burzę
nie pierwszą tego roku przed jesiennym chłodem
pokotem kładą się pod ciężarem między ludzi snopy

aż strzela iskrami wyschnięte powietrze
pomiędzy żniwiarzami siadam i wystawiam język
czekając na rwący deszcz na skręcone strumienie
z których się zrobi zaczyn z tego chleb się upiecze

i jest w nich teraz we mnie miejsce na mokrą słomę
na ciepło rosnącego spod lnianej ścierki nieba
na mroźną zimę w spichlerzu i na lato wzburzone
i śpiewa mi w środku rok cały jak kalendarz chleba

dotknięcie

oto jest słowo które rozcina ciało
jak papier
oto kartka którą można owinąć
kamień

oto studnia w której nie zasypia
echo
w której licho
nie śpi

można spać licho
lub odbijać się echem o ściany
studni można być kamieniem
tworzyć kręgi
wodę

rozlać na kartkach
można poruszyć oddechem
i można wstrzymać
oddech

targ nocny

chuda płotka całymi koszami
skrzy się i migoce łuską
obok karp dorodnie
bo jeden martwo się panoszy

z naturą za pan brat
zwija się węgorz w zapasach
pod stołem
kruche jasne dłonie śliskim nożem
dotykają ciał

ze swoich przewinień sumy
wąsate oplątywane są w szary papier
i sznurek pakowy

okonie jeżą płetwy
choć bunt
już im niewiele pomoże
a w palcach pośród strun
przesuwa się ostrze

nacinając brzuchy
likwidując treść

kaligrafia

linie zbiegają się i rozbiegają
jak mrówki albo wijące strużyny
kaskady. raz po raz zahaczałam
stopą o pozostawiony
kamyk

każdy z nich kładłam pod język
aż do chwili kiedy
stawał się zbyt ciepły – wtedy na dłoń

wypluwałam jako otoczak

jak trudne są dróżki kaligrafii
może wiedzieć ten który połyka
kamienne mury
może wiedzieć ten

który uczy mnie kreślić piaski