przez gałęzie




Żegoty kwiecień 2010

poburze






Ogród. 2010 kwiecień

jesień

słyszałam krzyk nagonki na jaskrawych polach
wściekłe psów ujadanie ujadanie wzroku
w lufach broni palnej wygłodzone czoła
odbite w krwi gorącej
tylko o krwi myślały

czułam zapach tej krwi czułam zapach ciała
zgrzanego jesiennym słońcem rudziejącą trawą
i czułam psów ujadanie lufy zimną gładkość
a strach mnie przycisnął jak ofiarę do pnia

i widziałam chłopca gdy przyłożył oko
do celownika broni i pozwolił sarnie
przejść obok swobodnie patrząc za tym chłopcem
ja bym szła i szła

ć

ć ć ptaki mogą je zakłócać
to im nie przeszkadza
demonom ciszy
ptakom
ni niebu niebieskiemu
nie wadzi

ć

jest a raczej winno być naturalnym
znakiem rozpoznawczym tych
o schorowanej
duszy lub tych co byli
poetami

i nagle
nie wiadomo skąd
rozełka się jakiś

głos co klekocze
tiurliturla pytluje papla
buczy z trzcin nanosi go z lasu
suchym stukotem
po mokrych bagnach

i ć ć zamienia się
w żagle
i wydymając się jak policzki
toczy nas w toń

Poeta trup tu tu tu

na epitafie
nie spocznę
nie i nie nie nie potrafię
zakończmy wreszcie ten wariant

wariat – zaszemrał Horus
wariant! – poprawił go chór

ach gdy dąs
achgdydąs ach armagedon

to koniec – zajęczał wprost Horus
igraszka – poprawił go chór

poeta? Poeta zaś leży stężony
nikt nie wie czy w trumnie ma tłumnie
czy też nie ma trumny w skorupie
czy może wymyśla se śmierć

o losie- rozełkał się Horus
o głosie – poprawił się chór

tup tup tup tup tup sny poety
potęgi pól bitew bagnety
głos z dali i dali dzielony
na głosy

poeta trup tu

wodnik

w rozchlapanych butach siedzi sobie wodnik
na kamieniu niby głaz nad oczkiem wodnym
duma

jest tak czy nie tak?

wycięli mi łozinę wycięli za nią gaj
za gajem młyn jak młynek szumiał niebo rwał
odbite w rzecznej misce

(dziś nam wodnikom
śmierć)

z łoziny plotłem wiecheć i prałem wody grzywę
a ona szła jak burza dokładnie tam
gdzie chcę

i było tak czy nie tak?
nad łyżką wody w śnie
tak kiwa się zielony
jakby miał topić chęć

Madonna


Sylwia i Krzyś. akryl 2010

Światy w głowie


Staś. Żegoty 17.04.10

trzy rysy w Joannie

granica

Joanna nabiera ciała
pierwszego ciała z grzechu
poczętego spokojnie i w leniwym odczuciu
rozmysłu

ubiera się najpierw w kości
później przywdziewa wątrobę
nerki żołądek płuca
i inne ważne naczynia
które od tej pory będą wypełnione
życiem Joanny

jej snem seksem wieczorami
przed telewizorem
oliwą i winem
i chlebem

Joanna nakrywa się
płaszczem skóry
i coraz mniej świadomie
zbliża się do granicy
którą pierwsza będzie musiała
wypowiedzieć


*

portret z Joanną i kotem

to zabawne, do tej pory nikt nie zauważył,
że Joanna ma kocie futro, włożone na lewą stronę.

to dlatego nigdy nie słychać,
jak bije jej serce, kiedy przyprawiam ją
solą i pieprzem, a później obtaczam w bułce.

nie słychać też Joanny głosu
bo miękkie włoski łaskoczą ją w gardle,
kiedy tylko chce na mnie krzyknąć,
więc zaczyna zamiast tego kichać.

i kicha tak od okna
aż do tapczanu, na który
natychmiast przewraca się i zasypia.




autoportret z Joanną i zegarem


kiedy poznałem Joannę, już wtedy znaną
z gładkiego, miękkiego ciała,
kładłem na niej głowę i nie kaleczyłem się
kością niezgody.

czasem owijałem jej warkocz
wokół szyi, żartując że mógłbym
zawisnąć na nim, szczęśliwy
z takiego końca.

czasem przemykała też przez pokój,
przebiegając po kartkach książki

a kiedy wyszła, jeszcze przez chwilę
w powietrzu wisiał jej śmiech
i drżał, po czym opadał chmurami
na deski ciemnej podłogi.

toczył pod stopy.

otwarcie

jak mi się wstydzić jeśli teraz
już nie dam rady bardziej się rozebrać
niż wtedy kiedy mnie widziałeś
bez słów

i bardziej nagą być mi niepodobna
a ty mi dłonie przyciskasz na biodrach
i każesz
- mów

wiosna


gwasz. wersja robocza

dualizm korpuskularno-falowy

dzwonię do ciebie zamieniam się w falę
ile z moich atomów da radę zamieścić
w jednym krótkim przekazie ile bez wiadomości
zaniknie w przestrzeni po drodze
rozproszy się zanim dobiegnie

ile jest fali we mnie i ile mnie w takiej fali
kiedy głos wpada mi w drżenie czy jest to sprawka utraty
cząstek czy też przekazu w eterze
lub światłowodzie

na ile

możesz mnie jasno odczytać czy stracę masę
czy dotrę czy się cielesna rozpłynę
w fali czy może dotknę i będę
dokładnie jak się posyłam

spiżarnia

a przecież nie trzeba mieć wiele
żeby mieć wszystko czego się chce
i nie chce

tęgie korzenie marchwi
powiązane w pęczki i pleciony wieniec
płaksy cebuli białe zęby czosnku
kukurydziane skrzydła

jesień wiosna zima surowa
to wszystko zmieściłam w dłoni
skrzypiący cień topoli brzozę
chodaki śpiące pod stołem

i babę i konia z wozem

gdybym nie była sobą

gdybym nie była sobą byłabym kim
i czy kimś bym była gdybym nie była to ja

mogłabym być pawiookim sułtanem
lub jako nadworny poeta
opiewać wdzięki lajli

mogłabym spocząć pod scytyjskim
kurhanem z orężem w kościstej dłoni
a dzbanem wina przy nogach

a budzę się czasem z językiem
perskim wklejonym do szczęki
z odciskiem miecza na dłoni

ze śladem

odnowienie słońca




Żegoty 03.04.10.