woda w ustach
utknięta
widoki
przędzenie
podróż dookoła krzesła
znajomość
przypadki
jest takie miejsce na burej
ścianie szpitala – grudka
nierówność która
wbija się w potylicę
gdy pacjent niefortunnie otrzymawszy łóżko
tuż pod nią usiłuje się podnieść
podciągnąć
jest takie miejsce w podłodze szpitala
mówią na nie – trupia deska
która trzeszczy kiedy niefortunna pielęgniarka
stąpnie na nią
albo nie stąpnie
akwarium
haiku rozwałkowane na kocie
mój kot uparcie poluje na cień
nadal się nie nauczył
że to tylko powidok
generowany bezwiednie
czasem dla hecy
nadal wierzę w miłość
przenosiny
astronomia
schodzenie
nawet przypadkowym
porządnie już schodzonych zżytych
moi ludzie
i on starzejący się powoli
ale nieubłaganie kochanek z coraz rzadszym pasmem włosów
i gęstszą krwią z zaszklonymi oczami rozbieganymi po obrazach
po aktach czekający na rozprawę ostateczną - profesor
i ona drapieżna artystka ze skłonnością do wylewów
uczuć i słów które rozchlapuje byle gdzie rozsmarowuje
po wszystkich kątach swojego niezbyt zagraconego mieszkania
z wielkim bałaganem
i ona inna czuła matka koleżanka równiacha
fantazyjnie wiążąca chustę dzień po dniu koniec z końcem
krzątająca się po domu po fejsbuku szwendająca się po głowie
i on odmawiający
codzienny różaniec papierów biurowych poleceń
siła wykonawcza domowego trybunału łazienkowego
przewrotnie zniechęcony do nowych programów
szkolnych
oni brzydcy piękni ze swoimi grubościami cieńkościami
papierowymi ścianami ciała drżącymi skrzydełkami nosa
kiedy łapczywie chwytają wiatr jak żeglarze
których sztorm odrzucił na ocean i nagle zwietrzyli zapach wyspy
oni wszyscy – jakże ich kocham
w kącie
płynie we mnie jakaś ciecz
termoregulator zamknięty system chłodzenia
nawet nie trzeba rozmrażać
świetna robota
to prawda nie mam znaczka
przyjazna dla atmosfery
więc to może dlatego nie jestem zapraszana
na ogrodowe party rauty koleżeńskie spotkania
za to wolniej psuje się treść
nie jestem tak wroga światu
jakby to wynikało z oznaczeń
nie mam w sobie więcej trucizn
niż powstający pod wpływem
czynników zewnętrznych – jad kiełbasiany
chłodzę bo nazbyt wysoka temperatura
w kociołku świata powoduje
silny ubytek i niszczenie zapasów
nie muszę się podłączać do prądu
uczestniczyć w dyskusjach nad rozkładem
mięsa i warzyw na odpowiednich półkach
jestem sama w sobie
lodówka
pejzaż
ciemny orzechowy blat drobny szlaczek sieci
wiązek przewodzących których pieczołowita działalność
łączy wszystkie krawędzie z matką ziemią
za chwilę słońce zmienia położenie
biały jazgot pościeli miarowe kłapanie deszczu
w szklanej rurce – życiodajny płyn co rzuca refleksy
przez płowe pole mojej głowy biegną siwe pasma
ścieżek pamięci zdarzeń uczuć
zacieniona klatka
w promieniach X ujawnia coś na schodach
coś małego niepozornego co w przyszłości może
stać się groźnym psem albo parszywym kotem
albo kadrem nadspodziewanej fotografii
geometria jedzenia
ciotki były kwadratowe tylko stryjna
chuda jak palec i ojciec (a twój dziadek)
też nie był kwadratowy
ja jakbym jadła i jadła byłabym szersza
jak wyższa – istny kwadrat
jak moja siostra która tak bardzo kocha
jedzenie – my to mamy w genach
a ty jedz jedz bo szkoda żeby się marnowało
tyle jadła - ryby chleb owoce ciasta i mięsa
jedz i rośnij zdrowo rumiano jak balonik
rozszerzaj się i wypełniaj
czerpiąc niezbędną energię - jedz
sole witaminy i białka węglowodany tłuszcze
które będą cię chronić przed zimnym porywem
przed złymi myślami
strachem deszczem i bólem
strach
może być pod kontrolą
tak długo
jak długo potrafisz go utrzymać
(za kratami zębów
w ciasnej jaskini krtani)
poza wszelkimi możliwościami
dobrą i złą wieścią
a jednak
w klatce uzbraja się
w niewiarygodną wściekłość
wypuszczony
rzuca się do gardła
suszenie prania
słońce wydobywa nowe fale
zapachu mydlin proszku do prania i miesza
z powietrzem jak silny afrodyzjak
drżą falbanki
łopocą na wietrze
zapraski haftowane płócienka
oślepiająca biel siła ramion
żwawo krążących w bieliźnianym mętliku
energiczne wyrzuty
w górę łagodne osunięcia
na dół prześcieradeł
powłoczek i koszul
aż się wszystko plącze
i wiruje w głowie
powietrze ramiona pościel słońce
wiosna
luźna potrzeba serca żaden żar
żadna tam tęsknota za lepszym – ot igruszka
słońce wiosna na opuszkach palców
i zielone witki wierzb
lekki spacer żadne tam chodzenie
pod rękę z parasolem rozpiętym jak niebo
z gołą głową raczej wiatr we włosach
zaplątany bałaganiarz
a później deszczyk dreszczyk mgiełka rosa
zamiast szeptu chichot i kałuża
zamiast rozmów osa trzmiel i mrówka
a później jakoś żal
