Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smętny pies kot wiersze auto refleksyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smętny pies kot wiersze auto refleksyjne. Pokaż wszystkie posty

woda w ustach



nie pamiętam dokładnie kiedy
postanowiłam nabrać wody w usta
nie pamiętam też z której przyczyny ale od tamtego czasu
słowa nie chciały przechodzić
przez moje gardło
nawet te najmniejsze

każde ze słów podnosiło się do krtani
i więzło by się trochę poszamotać
i po chwili
opaść
 na samo dno retencyjnego zbiornika

zaczęłam unikać
rozmów zwierzeń sytuacji
w których trzeba wyrazić
zdecydowaną opinię
bo kiedy tak trzeba było
zbiornik we mnie zapełniał się
kolejną warstwą
niewypowiedzianego

leżały sobie na dnie szeleszcząc
trzeszcząc plumkając
zgrzytając i mrucząc do czasu
aż kolejne warstwy
nie zgniotły ich i nie stłumiły
ubiły

nie pamiętam kiedy woda w moich ustach
zaczęła się podnosić
zalewać przewody nosowe wyciekać
oczami

i ja tak stałam jak głupia
nie mogąc powiedzieć nic

utknięta



utknęłam
nie w miejscu ani czasie – sama nie wiem
nie żeby z kimś czy czymś czy za czymś
to inna sprawa utknęłam jakoś
dziwnie – czas mnie opływa
miejsce zmienia się owszem
ale beze mnie
ludzie przychodzą odchodzą idą a ściany
ścian zupełnie nie widać

utknęłam najprawdopodobniej
w połowie
pomiędzy a i be w swojej własnej
głowie – jedynym obiekcie
którego zobaczyć ani wyobrazić sobie
nie mogę

i ani lewą noga ani prawą
ani w przód krokiem ani w tył
ani wstrzymywanie wskazówek zegara
puszczanie w ruch puszczanie z dymem
nawet opuszczanie nic nie pomoże

utknęłam wciąż jestem sobą samą
przy tych wszystkich zmianach
ścianach zdarzeniach – tylko sobą
samą
utkniętą przypadkowo i niewyobrażalnie

widoki



zbudować dom
dla rzeczy
zapalić światło
w oknie

skorzystać z tych wszystkich
cegieł
gromadzonych z mozołem

nie omieszkać
dobrze wymierzyć drzwi
są jak najbardziej potrzebne
dla klamek
po jednej
i drugiej stronie

siedzieć nocami w kącie
wtulając w przyjaciela
jakim jest noc

a rankiem

posadzić drzewo
decyzyjne
codziennie patrzeć
jak jedna po drugiej
łamią się gałęzie pod ciężarem
śniegu

i mieć dla siebie tylko ten śnieg

przędzenie



możliwe że Bóg już jest
sklerotycznym staruszkiem
przydziela zadania
wyzwania a później
zapomina
sprawdzić jak wyszło

nici z nagrody
i nici
z odbioru prac
wszystko po nic

mieszkam na tyle daleko
od nieba
że właściwie mogę
robić co chcę a robię
wszystkie te głupie roboty
przez Boga zostawione

mieszkam na tyle
daleko
że mogę krzyczeć
ale nie ma po co
bo nikt nie usłyszy
więc napycham gliny
do ust podwijam rękawy

są prace rzeczy zdarzenia
zostawione w zapomnianym
miejscu
o których nie da się
i już nawet nie ma
komu opowiedzieć

podróż dookoła krzesła



najpierw wytyczamy trasy kreślimy mapy
mierzymy horyzont i kroki na zamiary
powoli gromadzimy ekwipunek
na długą drogę

pakujemy w kieszeń chusteczki kremy
z filtrem przeciwsłonecznym uzbrajamy się
w przeciwdeszczowe parasole

to będzie najdłuższa podróż świata tak mówią
kompasy i zegary tak wynika z planów
szkiców i notatek pozostawionych przez innych
jak my podróżników

to będzie nowy krok w dziejach ludzkości
odciśnie się na każdym centymetrze podłogi
i pozostanie tam wiecznie jak ślad stopy
na łysej głowie księżyca

ruszamy w podróż dookoła krzesła
ach jaka ekscytacja  motyle w żołądku
na wierzchu nerwy

ruszamy w podróż dookoła krzesła
więc przyjdź się pożegnać bo nie wiadomo
kiedy wrócimy do tego miejsca

znajomość



spotkałam pana raz
pan siedział za szybą
kawiarnianej witryny
z jakąś młodą
ładną dziewczyną

piliście słodką kawę
białe wino
a w kawiarni pachniało
drogim kremem
i jej eleganckimi perfumami

rozmawialiście o Miltonie
Einsteinie i Kierkegaardzie
moje odbicie usiadło między wami
i nawet kilka razy
zabrało głos

i było tak cudownie
jak gdyby zniknęła
deszczowa ulica
pan się nawet do mnie
uśmiechnął przez tę szybę
a ja to wzięłam
za dobrą monetę

przypadki

jest takie miejsce na burej
ścianie szpitala – grudka
nierówność która  wbija się w potylicę
gdy pacjent niefortunnie otrzymawszy łóżko
tuż pod nią usiłuje się podnieść
podciągnąć


jest takie miejsce w podłodze szpitala
mówią na nie – trupia deska
która trzeszczy kiedy niefortunna pielęgniarka
stąpnie na nią
albo nie stąpnie

akwarium



słabo się robi tam gdzie jest zbyt wielu poetów
zużywają za dużo słów a z nimi zbyt dużo powietrza
zresztą
zużywają wszystkie słowa i całe powietrze i siedzą

a pokój się zmienia w akwarium
 jeszcze kartki szeleszczą lecz już po chwili się marszczą
daremnie łapać palcami papier się w palcach rozłazi
słowa się rozpływają a ileż można z tych słów
wyciskać w  przestrzeń akwarium

poetom robi się słabo tam gdzie zbyt wielu poetów
poetom brakuje już słów poetom brakuje powietrza

haiku rozwałkowane na kocie

mój kot uparcie poluje na cień
nadal się nie nauczył
że to tylko powidok
generowany bezwiednie
czasem dla hecy
nadal wierzę w miłość


przenosiny



mam 600 pozycji w obserwowanych na digarcie
300 znajomych na fb jakieś 800 wierszy na blogu
w szufladzie 10 par skarpet 4 pary spodni w szafie
dwie szczoteczki do zębów w łazience jedna do włosów

materii nie wystarcza na stworzenie wszystkiego
co nam potrzebne co nas bawi podnieca –
zastępują ją cyfry liczby kody zero jedynka
języki logiczne i blada poświata
naszej twarzy
coraz cieńszej

astronomia



niebo musi być ciemne żebyś mógł
zobaczyć gwiazdę
inną niż słońce które przecież świeci
dla wszystkich
również dla ciebie ale to zbyt łatwe

nocą wpatruj się w niebo przeszukuj
sklepienie czaszki będące kosmosem
wszechświatem
badaj gwiazdozbiory przebijaj
się przez mgławice nurkuj
w obłokach gazu materii
międzygwiezdnej

gdzieś na cieniutkiej krawędzi
jakiejś odległej galaktyki w zakamarku
przestrzeni pełnej niczego i atomów
znajdzie się ta
którą od tej pory
będziesz już widział
zawieszoną jak latarnia

nad domem

schodzenie



świat zasługuje na znak
jakości Q zasługują na urodę
ludzie niezużyci - powinni mieć urodę
która jeszcze nie przebrzmiała
gładką skórę i elektryzujące
spojrzenia oczy strzelające iskrami
przy pierwszym dotknięciu
nawet przypadkowym

ładni młodzi mężczyźni zasługują
na ładne młode kobiety
na wysokich obcasach spinające pośladki
w tanecznym pas
ładne młode kobiety zasługują
na pięknych mężczyzn
z chmurnym spojrzeniem rozpinających
wielkie parasole
chroniących przed opadem wiatrem
mrożącym krew w kruchych naczynkach
twarzy

miejskie parki zasługują na pary
młode wyglądające jak z obrazka
wdzięczne w tym łaskawym
krajobrazie świata

a na nas?
 porządnie już schodzonych zżytych
na nas nie zasługuje nic





moi ludzie

i on starzejący się powoli
ale nieubłaganie kochanek z coraz rzadszym pasmem włosów
i gęstszą krwią z zaszklonymi oczami rozbieganymi po obrazach
po aktach czekający na rozprawę ostateczną - profesor

i ona drapieżna artystka ze skłonnością do wylewów
uczuć i słów które rozchlapuje byle gdzie rozsmarowuje
po wszystkich kątach swojego niezbyt zagraconego mieszkania
z wielkim bałaganem

i ona inna czuła matka koleżanka równiacha
fantazyjnie wiążąca chustę dzień po dniu koniec z końcem
krzątająca się po domu po fejsbuku szwendająca się po głowie

i on odmawiający
codzienny różaniec papierów biurowych poleceń
siła wykonawcza domowego trybunału łazienkowego
przewrotnie zniechęcony do nowych programów
szkolnych

oni brzydcy piękni ze swoimi grubościami cieńkościami
papierowymi ścianami ciała drżącymi skrzydełkami nosa
kiedy łapczywie chwytają wiatr jak żeglarze
których sztorm odrzucił na ocean i nagle zwietrzyli zapach wyspy
oni wszyscy – jakże ich kocham

w kącie

płynie we mnie jakaś ciecz
termoregulator zamknięty system chłodzenia
nawet nie trzeba rozmrażać
świetna robota

to prawda nie mam znaczka
przyjazna dla atmosfery
więc to może dlatego nie jestem zapraszana
na ogrodowe party rauty koleżeńskie spotkania
za to wolniej psuje się treść

nie jestem tak wroga światu
jakby to wynikało z oznaczeń
nie mam w sobie więcej trucizn
niż powstający pod wpływem
czynników zewnętrznych – jad kiełbasiany

chłodzę bo nazbyt wysoka temperatura
w kociołku świata powoduje
silny ubytek i niszczenie zapasów

nie muszę się podłączać do prądu
uczestniczyć w dyskusjach nad rozkładem
mięsa i warzyw na odpowiednich półkach
jestem sama w sobie
lodówka

pejzaż

ciemny orzechowy blat drobny szlaczek sieci
wiązek przewodzących których pieczołowita działalność
łączy wszystkie krawędzie z matką ziemią

za chwilę słońce zmienia położenie
biały jazgot pościeli miarowe kłapanie deszczu
w szklanej rurce – życiodajny płyn co rzuca refleksy
przez płowe pole mojej głowy biegną siwe pasma
ścieżek pamięci zdarzeń uczuć

zacieniona klatka
w promieniach X ujawnia coś na schodach
coś małego niepozornego co w przyszłości może
stać się groźnym psem albo parszywym kotem
albo kadrem nadspodziewanej fotografii

geometria jedzenia

ciotki były kwadratowe tylko stryjna
chuda jak palec i ojciec (a twój dziadek)
też nie był kwadratowy

ja jakbym jadła i jadła byłabym szersza
jak wyższa – istny kwadrat
jak moja siostra która tak bardzo kocha
jedzenie – my to mamy w genach

a ty jedz jedz bo szkoda żeby się marnowało
tyle jadła - ryby chleb owoce ciasta i mięsa

jedz i rośnij zdrowo rumiano jak balonik
rozszerzaj się i wypełniaj

czerpiąc niezbędną energię - jedz
sole witaminy i białka węglowodany tłuszcze
które będą cię chronić przed zimnym porywem
przed złymi myślami
strachem deszczem i bólem

strach

może być pod kontrolą
tak długo

jak długo potrafisz go utrzymać
(za kratami zębów
w ciasnej jaskini krtani)

poza wszelkimi możliwościami
dobrą i złą wieścią

a jednak

w klatce uzbraja się
w niewiarygodną wściekłość
wypuszczony
rzuca się do gardła

suszenie prania

słońce wydobywa nowe fale
zapachu mydlin proszku do prania i miesza
z powietrzem jak silny afrodyzjak

drżą falbanki
łopocą na wietrze
zapraski haftowane płócienka

oślepiająca biel siła ramion
żwawo krążących w bieliźnianym mętliku

energiczne wyrzuty
w górę łagodne osunięcia
na dół prześcieradeł
powłoczek i koszul

aż się wszystko plącze
i wiruje w głowie
powietrze ramiona pościel słońce

wiosna

luźna potrzeba serca żaden żar
żadna tam tęsknota za lepszym – ot igruszka
słońce wiosna na opuszkach palców
i zielone witki wierzb

lekki spacer żadne tam chodzenie
pod rękę z parasolem rozpiętym jak niebo
z gołą głową raczej wiatr we włosach
zaplątany bałaganiarz

a później deszczyk dreszczyk mgiełka rosa
zamiast szeptu chichot i kałuża
zamiast rozmów osa trzmiel i mrówka
a później jakoś żal