zbliżenia

 ładna ta koniunkcja
pisze mi kumpel a ja
zastanawiam się kto do kogo
zbliżył się nielegalnie
kogo znowu diabli
nadali zamknęli
w paczki listy i posłali
do piekła czyli na ten sam
adres – a to tylko planety
dwa gazowe ciała które ważą więcej
niż cała skała naszej ziemi
niż skała twojego serca

niby nic

 

puk puk
kto tam
to co widać
a to nic

wolność

 

to jest możliwość
o ile to możliwe
bezsensu

pamięć tkankowa

 

i cóż nie wszystko
daje się zapomnieć
na przykład policzek
przyciśnięty do szorstkiej ręki
na przykład ziejąca dziura
w bucie – ślad po ostrym
grzebieniu skalnym a później
od mamy bura
rzeczywistość i  to nie wszystko choć
wszystko tonie
w strumieniu czasu
twoje dłonie palimpsest
nadpisywany każdego dnia
pulsami sodu
potasu

ostatni boa robi swoje

 

deszcz napada na ziemię
ziemia się odwraca i strona czynna
napada na bierną a potem zwrot
przez rufę piraci dokonują abordażu
wierni tępią niewiernych niewierni
jak to niewierni kompletnie niewierzą
w porozumienie nie idą ci którzy zwątpili
ani do urn ani nie dają się wpędzić do grobów
które kopią ci co później mieli w nie wpadać
wpadają na krótko na stronie zostawiają
to tu to tam garść plew co się dały nabrać
na kury którym zajrzał w oczy
nieludzki głód

 tymczasem gdzieś w ostatnim już
amazońskim bezludziu
z gałęzi zwisa wąż boa
i się boi

zgryz

 czasami boję się
że nie napiszę już ani słowa
wtedy przychodzi do mnie
taka mała wróżka
i wrzuca mi zęby do szklanki
wróżko mówię co robisz
co robią te zęby
w mojej szklance
a ona mi na to
że to są sztuczne zęby
mądrości

rozróba

 rozrabiam suplement w szklance wody
robię burzę biję pianę
i to wszystko siup do otworu
który teoretycznie miał służyć
jako ustęp
pod paragrafem

stosunki

 ciało kobiety
nabiera głębszego
wyrazu – ciało mężczyzny
nabiera
wody w usta
mój boże
nieporozumienie

ciało kobiety
nabiera głębszego wyrazu
ciało mężczyzny
nabiera wody w usta
mój boże znowu kolejne
nieporozumienie

erozja [2]

mój dom się sypie rozpada
nie ma nic wspólnego
z rozpadem rodziny to tylko
sypie się dom w świecie mojej głowy
i według standardów przecieka
na ścianach wykwitają w przypadkowych miejscach
plamy Rorschacha - pęka sufit
i są rysy tynk spada i bieli
to co pomalowane –
podłoga zachowuje ślady
farby. nie puszcza

ścieżki

Arkowi

 mówisz odchodzisz ode mnie
we śnie i nikt nie wie
gdzie wędrujesz – boję się
że nie znajdę cię rano

speleologia

 

zgubiłam swój język przyglądając się
starym fotografiom czytając
swoje stare listy

wyliczałam
kiedy kto co jak ja
na to i co na to
tysiące tabel słupków dat

zgubiłam język
zapomniałam go w gębie
chciałam za nim stać a nie stałam
chciałam za nim stać

wyliczałam kiedy
kto co jak ja szukając
wędzidełka krat
zębów i podniebienia

 to co do tej pory wydawało mi się
jaskinią Platona to tylko jama
ustna
spłukana
bez cienia

północ. pożegnanie

kiedy tak patrzę jak śpisz
z dłonią uwięzioną w okowach prześcieradła
kolanem otwartym jak furtka
pomiędzy podziemiem kołdry a powietrzem

widzę jak sny formują wir i krążą
wokół niedbale porzuconej gazety
widzę sny splątujące sieci

i myślę sobie czy kiedykolwiek byłam
twoim snem równie ulotna
przenikałam membranę czaszki
gubiąc po drodze czas
i tracąc oddech

kiedy tak patrzę na twoje opuszczone ciało
myślę czy byłam
kiedykolwiek

alternatywy

 

a gdyby tak zwariować? zamiast dzień dobry mówić
piestrzenica kasztanowata, nie odpowiadać
na wyczytywanie z listy, kłaniać się kulom, ale nie robić podjazdów.
nie odpowiadać na żadne pytania i nie zadawać prac domowych
do rozwiązania, mówić prosto z mostu, wprost w dół, jak się pluje śliną
z wiaduktu na pociąg, czniać relacje. zachowywać tylko szczątkowe
wspomnienia, najlepiej materialne - nie odbierać, telefonów, pierścionków,
złudzeń, sygnałów z innych planet. a gdyby tak nie zwariować
i ciągnąć to dalej…

makulatura

nie mamy czasu nasze rozmowy
są powierzchowne więc nic dziwnego
że się oddalamy – czas płynie
a sytuacja Achillesa i żółwia
zostawia nas w tyle – nie mamy czasu
dla siebie rodziny przyjaciół – wszystkim chcemy
poświęcić i dupa i nic wszyscy wkurwieni
lądujemy otumanieni zdezorientowani
staraniem wszystkimi tymi nieużytymi
słowami

smak (2)

słona woda jest gorzka to z powodu
soli morze jest gorzkie łzy są gorzkie
żal jest gorzki i gorycz doświadczeń
długo utrzymuje się na językach

obrabiane na spotkaniach w pubach
przystankach i telewizyjnych stacjach
przesiadkowych wymieniane za garść
cennych uwag i stosownych rad

piołun jest gorzki a piołunówka pali
w gardle i łzy palą i porzucony kochanek
i gdzieś palą książki a innym się nie pali
do roboty i palą papierosy zabijając
ten nieznośny smak

dolce vita

kalendarze tracą kartki – dzień po dniu zbliżamy się
do punktu omega tam już wszystko wiadomo
jeździmy wokoło słońca obracając twarze
jak słoneczniki to najdłuższa podróż w naszym roku
szkoda czasu na pakowanie kremów z filtrem
czapek narciarskich i tabletek na zatrucia pokarmowe

dziś rozpoczęłam kolejną cudowną
dietę – dużo ciastek i wina i orkiestra marszowa
hej żyć nie dać się zamieść do środka - rozłazić
rozchodzić ten wewnętrzny wstyd i strach
pożyć na tyle swobodnie żeby zobaczyć Neapol
w twoich oczach unosić się na wodzie
bujać
 w przestworzach

połączenie nie może być zrealizowane

pewnego dnia przyszedł i urósł
do rangi problemu a nam
wzrosła temperatura spotkań
odsunęliśmy się więc na bezpieczny

dystans społeczny
na inne kontynenty
inne światy
inne systemy
operacyjne systemy wierzeń

zbudowaliśmy barykady
zawzięcie chronimy to
co najcenniejsze

linie się zerwały
z uwięzi teraz dopiero czujemy 
wolność i wiatr 
na reszcie zbudowaliśmy
odległość
od siebie

nie patrz w niebo

tylko proszę nie patrz w niebo – tam
wydarzają się wybuchy katastrofy – patrz
w dół pod nogi żebyś się nie przewrócił
żebyś wrócił do korzeni do wątku i osnowy

nie patrz
jak lodowa kometa
zwiastuje kataklizmy nienawiść ubóstwo
myśli i czynów jak się rozpędza jak tnie
nasze wspólne niebo aż po horyzont – uciekaj

posiej się gdzie wiatr się sieje zburz
wszystkie astronomiczne
obserwatoria ceny mapy – wykreśl
z naszego słownika ortografię

nie patrz w niebo zaklinam
ono cię przeklnie i już nie znajdziesz
gruntu pod stopami nie zniesiesz
i nawet nie będziesz mógł modlić się
za nami

morfologia opowieści

nie wolno drapać bąbla
kiedy użarł cię komar

a jednak

drapmy zdrapmy się aż do sedna
do kości się wdrapmy przewierćmy
to swędzenie głowy tę potrzebę

zróbmy to a później może
się upijmy ssijmy krew
opowieść jak komar
brzęczącą w mózgu
niech rośnie

kolejny bąbel banieczka
pełna surowicy
z osoczem 

sztuka życia

sztuka jest sprzeciwem
wobec liniowości życia

spadają nam na głowy gwiazdy
kiedy tak leżymy obok siebie
nad okrągłym jak źrenica
otworem studni
świetliste linie
wykreślają nam kolejne minuty
z życia i na przyszłość a my tak
ramię przy ramieniu
głowa przy głowie

podobno z dna widać noc
nawet w środku dnia
a my tak jakby nie do nas
mówił kant
o prawie moralnym o niemoralnych
nienormalnych  snach
nam nic
ani deszcz perseidów
ani słów grad
tej nocy tego dnia
jest już

bujny wiersz o miłości

deszcz pada
na pysk

prawda

och widziałam ją lśniła i była pełna
cudacznych planet ascendentów lakierów
miała tipsy takie jakich ja nigdy
nie będę i była piękna

posiadała falujących włosów gąszcz
rzęs trzepot i sytość bioder
i usta jej drżały tak że  i ja
nie mogłam spać ani spojrzeć

na szron na szadź na piasku garść
na pustynię ud na kruchość skał
i bruzdy dróg na bladość barw
na próg na czas – więc odeszłam

od niej od ciebie od siebie od cna
od sedna

mogłabym

mogłabym jeść i jeść zjadłabym
i ryż i kaszę (choć najpierw bym w  nią dmuchała)
nie w kij bo kij nie jest spożywalny
absolutnie niejadalny jest kij bo to nie marchewka
chyba że dla bobrów ale to inny temat

mogłabym iść i iść poszłabym
gdzie pieprz rośnie i wanilia zwiesza się
jak fasolowy strączek chociaż pachnie inaczej
poszłabym po wodę poszłabym sobie
i tobie przyniosła i komu tam jeszcze

może mogłabym patrzeć i patrzeć wypatrywałabym
sobie oczy i nisko latających samolotów
patrzyłabym czy rośnie czy nie rośnie
a gdyby rosło to patrzyłabym jak

a później mogłabym spać i spać zasnęłabym
z głową na poduszce i kamieniu
i do góry nogami jak nietoperz
ale nie mogę

palimpsest

choć nie pamiętam ciebie blask pamiętam
i chłód i ogród świata tętno
kiedy nad głową wisiał Jowisz
i wzrok w siatkówkę gwiazdy łowił

choć nie pamiętam twojej ręki
ciało mam poranione blaskiem
słoneczna palców twych namiastka
kreśli na moich plecach kręgi

dziś nie pamiętam twego głosu
choć słowa wrosły mi pod skórę
jak cienki w pień topoli sznurek

i chociaż nie wiem jaki jesteś
to jakaś część twojego cienia
mnie powołała do istnienia

koniec lata

zboża szły pod nóż z ani jednym słowem
żniwiarze z pieśnią ukręcali głowy
ostatnim chwastom na chleb zimowy

nad nami chmury szły jak tabun
zmęczony drogą z ostrzem gradu
wbijanym w plecy sennej łąki

i tak okrutnie mnie nie kochałeś
nużając mi się prosto w oczy
wplątując w moje włosy trawę
i słowa zawiązując w kłosy

i tak przemyślnie trwała łąka
i niebo zagryzało wargi
a pogubione wszystkie skargi
ciągnął na nitce śpiew skowronka

dni

bywają i takie dni kiedy buty nie wystarczą
i przecieka dach z gazety i wiatr wyrywa z rąk
z  trudem i dumą niesiony parasol kiedy zasnąć
nie bardzo można bo noc ma kły i pazury

kiedy pod kocem powietrza zaczynasz dusić się
jak ryba wyrzucona na nadbrzeże jak pod ziemią
zwierzę na co dzień przywykłe do przestrzeni
a sama przestrzeń kurczy się do rozmiaru orzecha

i nikt na ciebie nie czeka ale jest coś co za drzwiami
staje i oddycha niedostrzegalnie i tkwi tam
i czeka aż się zaczniesz bać aż przestaniesz
opuszczać kwadrat ścian i będziesz tylko
się kołysać w splecionych palcach uczepionych lamp

i bywają takie dni którym nic nie zrobisz i one
nic ci nie mogą póki słyszysz to głuche stukanie
jakby z twojej klatki  chciał się wyrwać ptak
bo bywają takie dni którym serce
mierzy czas

Energia

Żyć z całych sił, uwiesić się na tym życiu zębami. Zaprzeć stopami w ziemię i z całej mocy wbić głowę w niebo, rozciągnąć się na pełną długość, odrywać wielkie kęsy powietrza, pożerać czas, pochłaniać światło. Witać się i żegnać śmiało, wierzyć święcie, mieć nadzieję rozciągniętą nad przepaścią jak bieliźniany sznur, promienieć, świecić, podrzucać w górę księżyc i łapać go ze śmiechem. Istnieć tak, jakby nic nie istniało i przepaść tak samo.

sen

jest tak cicho jakby wszystkie ptaki
wyniosły się do innych krajów
nie budzi mnie już rano
miłość
ani nienawiść
ani świt mnie nie dotyka

słońce wyruszyło w drogę
a bieg zatrzymał
wszystkie nerwowe sprawy
w krótkiej wskazówce
sekundowej

świat śpi bezbronny wobec tego
co miałoby się zjawić nadejść
świat podłożył łapę pod policzek
ciepły od poduszki mchu
i nie budzi mnie już ranny
przenikliwy brzask

podkładam łapę pod świat
stroję ramy oka
na niekończący się
niezakrzywiony
bezdźwięczny
czas

kształt

jest świt a z twojej głowy znikła myśl
już nie boli już nie szepcze do ucha
nie fuka nie stroszy się i nie dusi

jest świt wreszcie słyszysz prawdziwe głosy
ptaków i szumiący deszcz i rosa
jest naprawdę chłodna wreszcie czujesz
jak zmienił się świat i jaki ma kształt
w twojej głowie dziura  wreszcie zbadać
odpowiedzieć sobie

prawdziwy świt nieprawdziwy świat
prawdziwa trawa ślimak myśl
możesz już wstać
możesz już iść

brakująca pora roku

w kraju gdzie wszystko kwitnie
przestaliśmy posiadać wiosnę
nie posiadamy jej ani na własność
ani w bibliotece narodowej
ani w miejskim ZOO

były jakieś plany
żeby zakupić wiosnę zagraniczną
na Amazonie lub przynajmniej taką
wyrabianą chałupniczo
ale nikt się nie podjął
jej dostarczyć
zresztą
po co nam wiosna
w kraju gdzie wszystko kwitnie
nie ma nawet dla niej
dobrego miejsca

horoskop

patrzymy w gwiazdy wymarłe
miliardy lat temu
próbując odczytać
z ich nieistniejących ciał
naszą dalekosiężną przyszłość

(zdaje się
czytanie z trupa nazywa się nekromancją
nie astrologią)

patrzymy na ostatni spazm
elektromagnetyczny list przesłany nam
najprostszą z możliwych dróg
i wierzymy

święcie i niezbicie
że zawiera przesłanie
na nasze najdalsze
nanosekundowe życie

strój

stale się przebieram, mam jedno ubranie
do pracy, jedno do sprzątania, jedno do modlitwy
kiedy wychodzę jakaś nieswoja w swoim
ubraniu do pracy, dbam o to by chroniło
przed wszelkimi szykanami świata

w ubraniu do modlitwy pilnuję
by się nie pobrudzić
wyglądać schludnie i pozostać czystą
przynajmniej do powrotu
zbawiciela świata, kimkolwiek on nie jest

a po domu chodzę
w ubraniu do sprzątania
bo w domu się ciągle kurzy
i osiada

wiesz co robisz

wiesz co robisz? zapytał mnie ojciec
jeszcze za życia jeszcze wtedy wiedziałam
i byłam pewna tak wielu rzeczy

dziś jestem

nieco inna może bardziej wyspana
może mniej i myślę o matce
która  aniemówiła
że ja ci mówię ty nie tego nie rób

dziś jestem

starsza straszniejsza brzydsza
może bardziej skołowana
może mniej

i nie wiem
co robiłam

może już czas


może już czas pożegnać
trupy grupy niechciane artefakty
może już

czas nagli
zastałymi rzeczami kusi
to do dobrego to do złego

jakiż
to musiałby
być chwat
a jakiż świat

wobec niego

bajka o czułości

człowiek który odmienił słowo czułość
(chyba przez wszystkie przypadki
z nadużytecznikiem włącznie)
poszedł sobie

więc zostałam
z tą całą czułością
z całymi kilogramami czułości
jak ten głupi Jaś któremu
zamiast zaczarowanej fasoli

wciśnięto zdychającą krowę

Napisz mi o tym (...)

Napisz mi o tym,
o czym są wszystkie dobre piosenki –
o nieszczęśliwej miłości

Doprawdy, gdyby wziąć wszystkie połamane
serca świata i zrobić z nich wielkie gruzowisko,
to i tak nie będzie  to cmentarz.

Biegają tu dziwne zwierzęta, wiją się
rośliny o kolczastych liściach i bladych płatkach.
Kiedy czujnie nadstawisz ucha, o ile znajdziesz w sobie
odwagę by się tam znaleźć, usłyszysz

szelest niewysłanych listów, echo
nieodbytych rozmów i niewypowiedziane
słowa. To nie jest cmentarz

dlatego nie da się tutaj stworzyć

ostatecznego zakończenia


kołysanka dla kochanka

śpij kochanku
księżyc zza firanki
wysuwa srebrną podwiązkę
a ja złe sny
wezmę na wstążkę
i poprowadzę na pasku
tak po pensjonarsku
będą ci się tłumaczyć
opowiadać
zagadać będą cię chciały
wybadać a ja spać
będę
wtulona w twoje futro
aż przyjdzie

jutro

rozwój przypadku

na początku jest ciemno przytulnie
ciepło jak wiele stóp pod ziemią
później się rozprasza i znów
jesteś jedynym lękiem na całe zło

wschodzi słońce obnaża brud
świata tego i twojej klatki
schodowej która prowadzi w dół
i na zewnątrz w arytmii stopni

wzrasta temperatura wije się kreską
ale nieuchronnie teraz jest
za ciepło za świetliście bez cienia
wątpliwości milczysz bo już nic
ci do powiedzenia a i niedopowiedzeń
nie trzeba

czekasz na oblodzenie na zaśnięcie
z zimnymi stopami wbitymi w horyzont
wzrokiem utkwionym w zenit
ciałem uwięźniętym w ziemi

a było

tak spokojnie tak cicho
spadały gwiazdy
śniegowe  z ekranu
jeszcze wtedy nie znano
kwazarów i pulsary
były niesłyszalne

tak było –nienagannie
nosiło się kostium kapelusz
i Casablancę odwiedzało
raczej na ekranie

a było nie mówić
że się było bywało
tu i tam zwłaszcza tam że się było

a można było nie

superhero

Żegoty 07.03.20

idzie wiosna

29.02.20

02.03.20

29.02.20
żegoty

widzę

żegoty luty 2020. akryl

zdarza się

zdarzało nam się zedrzeć
kolana
zdarza się zedrzeć nam skórę
paść
albo owce albo trupem
to taka pułapka

zdarzało nam się obiecać
na zawsze
zdarza się zawsze bo tak się zdarza
inna
rzeczywistość praca ścieżka
słówka słóweczka

zdarzało nam się  chadzać

zdarzało nam się wybuchnąć
rozpęc
gniewem powietrzem helem
mierzeją
próbowaliśmy się łączyć
to się zdarza

tworzyć łańcuszki
łańcuchy
uginać

kolana

przepis

wyfiletujmy serce
pozbawmy je każdej ości
niech nam zostanie miło
trochę czuło
rado

ale bez


jakości

jak zużytkować puszki blaszane*

jak zmienić przyczynę i skutek
w diabelski młyn skutków i przyczyn i skutków
jak się wkręcić w tryb
wskazujący na wieczne
użytkowanie – tworzywo narzędzie wytwór

nie ma powrotu chociaż jest wracanie
nie ma odwrotu chociaż jest stan
ucieczkowy podwyższony jak poziom
oleju w wiśle jak plastik na warcie jak przy odrze
niechęć wobec szczepionek

zostaliśmy zaszczepieni na wielkim pniu
ewolucji nasz pień mózgowy wrósł i wyrósł
w rakowatą narośl którą  za wszelką cenę
próbujemy ochronić zakuwając głowy

w zużyte puszki blaszane


*tytuł artykuliku znalezionego w odmętach iternętu

uczucie

odeszło
jak rękę odjął
i tak można żyć

myśli o zasypianiu

już luli la dzieweczko
noc i chłód i koniec pełni
i niech się spełni sen
laleczko niech się zaciemni
pokój domowy

już lulajże w szkatułce głowy
niech błyśnie skarb
zimowej bieli czar niech cię osłoni
i luli la

w srebrnym powietrzu
obłoczek pary i majak senny
niech się zestali i pryśnie
czar niech się przemyślnie
z mar w powróz splecie

ty w dal śnij tęsknotę
i z knotem świecy
coraz to krótszym

w tym śnie się pal

***

spakować krajobraz do pudełek
kamień po kamieniu włożyć do plecaka chleb
z jednego tylko pieca

oddalić się każdą cząstką
od tego co się chciało
na początku
nazwać domem drogę

i tak powędrować

krztusząc się ością horyzontu

tv

nie możemy obejrzeć
tego życia do końca bo gołębie
siadają nam na antenę

(kto nadaje ten sygnał?)

nic nie możemy

do końca