wiadomość została wyparta



spotkałam kiedyś pewnego żebraka
strasznie się darł i miał schrypnięte gardło
od tego darcia – wszyscy mijali go
jak jego własny  zły sen a było to
na rondzie które wtedy jeszcze unosiło
jakieś imię i niewielką ilość samochodów

nieprzytomnie zasłuchana krążyłam
po rondzie tego żebraka orbitowałam
na jego wytartym kapeluszu krzywiąc nos
z powodów wyjątkowo przyziemnych

a żebrak chrypiał i wykrzykiwał i gadał
o spadających gwiazdach zwiastujących kometach
i rozbijaniu atomów na atomy
i że ludzie się robią niedobrzy
i zapijał to wszystko wódką
jedyną czystą w tym akurat czasie i miejscu
więc na trochę z nim zostałam

chciałam napisać ci o tym maila
nawet coś napisałam ale mój program
pocztowy wyświetlił mi jedynie
że wiadomość została wyparta

rachunek



spowiadam się wszechsłuchającemu
uchu wam bracia i siostry że  zaniechałam
myślałam i czyniłam nieporządnie

jest w  tym trochę mojej winy a resztę
zrzucam na karb pogody i kursu franka
na oczy tej małej albo obrączkę
na koralowej nóżce gołębia
oraz na pocztę telefon telegraf

przeto teraz kiedy zgrywam dziewicę
aniołowie stróże porządku wiedzą
co się święci i nie zawsze złoto
a nie szczerość jest jego wartością

spowiadam się więc publicznej opinii
klęcząc na bruku kalecząc
język składając w dłonie
w trąbkę która mnie w końcu osądzi
wydyma

jak sodomę i gomorę

Marius




Lublin 18 lipca 2017


aura



*deszczowa aura toczy
 sprzeczkę z upałem- wczoraj szłam
w kondukcie pogrzebowym mieszając się
z festynem życia – świętem narodzin

dziś upał wygrywa wysusza kanały
łzowe rozgrzewając i powodując pękanie
ziemi pięt i szorstkiej skóry na łokciach

moja mama jest niedorosła – zmalała
zmacerowała się zmiennymi kolejami
 pogody ja się jeszcze rozciągam
i kurczę w różnych wilgotnościach


*dziś

*słoneczna aura mumifikuje
słowa gesty tak zwane wakacje
wygrane z czasem który miesza się
z bezwzględnie odpornym na wszystko

piaskiem

śwituszek
























Żegoty 07.07.17

syndrom sztokholmski



po praniu wiesza
jego koszule w ogrodzie
będą pachnieć latem
kiedy późną jesienią
zanurzy w nich twarz
w przypływie nostalgii

można było



można było odejść, zabrać
twarz, cokolwiek z pamiątek, jakieś resztki
z godności albo chociaż wspomnienie.

można było
zejść na ziemię, o coś się oprzeć,
nie wysyłać listu, sms-u, żadnego dowodu
na jakiekolwiek...

można było tego wszystkiego
nie zrobić lub zrobić wszystko,
co się dało, ale

nie można było.

Nadbrzeżna. Jeziorany



to jest ulica tak samo piękna
jak wszystkie te które usiłują złapać
nasze nieprzygotowane na to serca
zakątki

przedsionki i komory chatynek
proste wyjątki powiedzonka powidoki
smalec skwarki i pokrzywy

dać rzeczy sedno – powiedzmy sobie
jedno – nic nam nie powie – milczenie
bez dna – a ty człowieku podejdź
zostaw zaniechaj nie psuj-

ulica Nadbrzeżna - śpieszmy kochać
bez pośpiechu

sztuka palenia rękopisów



uświadom sobie że to tylko słowa
wyuczona manipulacja językiem
w celu uzyskania umówionego sygnału

dlaczego więc przykładamy do nich
tak wielką wagę dlaczego w ogóle mówimy -
należy je ważyć

nic nieznaczące gesty ołówkiem
po białej karcie papieru
ślad wędrówek myśli i nauk
że a ma laseczkę i że kompletnie
nie rozumiemy kogoś kto zapisuje
a jako ślimaczek albo alef
rozniecone w naszych głowach
płoną i zabijają parzą
choć można też z nich budować

uświadom sobie że to tylko słowa
sami je stworzyliśmy wierząc niezbicie
że były już na początku

na początku był chaos

atlas nie



nie z poetą bo poeta niestety nie pamięta
w dodatku pisze swój wielki wiersz zużywając
to co miało pójść na robienie bliskości

nie z muzykiem bo rzępoli po nocach
a rano złości się że przeszkadzasz i zajmujesz
czas oraz miejsce na futerał kolejnego instrumentu

nie z romantykiem ten by tylko w  gwiazdach
podobnie jak nie z astronomem bo ten to samo
nie z Nienackim bo ten już nie żyje a jakby żył
możliwe że robiłby to jak samochodzik ‘per pan’
et per aspera ad astra (sic!)

nie z rozwodnikiem bo nadal nie porzucił zdjęcia
rentgenowskiego swojej byłej i nie z żonatym
bo to tylko posypka na codzienność takie tam płatki
kwiatków zupełnie nieważnych (tajne confetti)

nie z uczonym – będzie gadał i gadał chyba że
jest prawdziwym uczonym wtedy ani słowa nie zamieni
nie z myśliwym (zbyt dobre oko szybko oceni
upływ czasu)

nie z wariatem ten mógłby być całkiem przyjemny ale
zdarza mu się nie zadzwonić już nigdy przedtem
ani potem ale też nie z dzwonnikiem z Notre-Dame
bo niski i z kolei zbyt często dzwoni

nie znienacka i nie po uprzednim namyśle
wzorem Wandy co Niemca nie chciała
kończymy w Wiśle

zawijamy się



zawijamy się z tego świata
idziemy w całuny w drewno
w skałę z epoki łupanej
drążymy coraz głębiej
aż po samo sedno
aż po pojedynczy
samotny pierwiastek

zawijamy się w kokon
zawisając na gałęzi głową w dół
kołysani morowym powietrzem
drążymy coraz głębiej
budując na nowo
czułki tchawki i skrzydła
obolałe jeszcze

zawijamy się szczelnie
kutamy w szaliki płaszcze
broniąc powietrzu dostępu
do naszych przeraźliwie
delikatnych tkanek

rozmowy



rozmowy z mężczyznami
stale te same – kochasz mnie?
milczenie – o co ci chodzi!

oczywiście że chodzi mi o nic
o to samo nic które kiełkuje
rośnie wzdłuż i wszerz które umyka
na krótkie tak ale tak nie ma
jest ciągle to samo – kochasz mnie
milczenie

johoho



tyle nam zostało ledwie płomyk świeczki
którą byle podmuch obraca w ogarek
jakiś ze wstążeczką wymięty bukiecik
i spróchniała krypa co płynie w nieznane

żegna nas płacz sierot kiedy od nadbrzeża
swe awanturnicze odbijamy ciało
a gdy odpływamy bractwo nas szkaplerzem
odżegnuje żeby wracać się nie chciało

czeka nas nieznana do tej pory ziemia
gdy  zgrabiałe ręce już nie szarpią  sterem
więc poznając życie znowu od korzenia
płyniemy wesoło pod Jolly Rogerem

To już tu leżało...

cienkopis. 20.01.2017

zmierzch



kiedy się rozstajemy gdzieś pęka jakieś drzewo
wiatr pracowicie szlifuje każde ziarenko piasku
i niefrasobliwie zrzuca na głowę zmęczonym lasom
i lekceważąco świszcze w piórach zziębniętym mewom

kiedy się rozchodzimy księżyc ubywa z pełni
rzeka niedbale chlapie to tu to tam burą wodą
a schody co kiedyś do drzwi teraz donikąd wiodą
i pomimo latarni co jeszcze tli się jest coraz ciemniej

na wysypisku deszcz pilnie wylizał do czysta listy
skrzypią niemiłosiernie spróchniałe ramy obrazów
oddając  złote podziały złotemu zębowi czasu

lecz jeszcze gamoniowata lampa naciąga abażur
ślepa że nieco wgnieciony i nie bardzo już czysty
i noc nagle zdjęta litością cofa drapieżny pazur

Nie rozmawiaj z obcymi

Żegoty, 11.01.17, cienkopis na kanwiertie

podróże w czasie



nasze domy podróżują w czasie
podróże w czasie kształcą i odkształcają
przedmioty które rozpadają się
na atomy – podróże zużywają nasze domy

nasze ciała podróżują w naszych domach
zasiadają przed sterami naszych domów
z pilotami fotelami planem lotu
rozpadają się powoli na atomy

bo podróże zużywają nasze domy
w których  używane siedzą ciała
przeglądając fotografie – plany lotów
których trajektoria ciągle jest ta sama