Pokazywanie postów oznaczonych etykietą połączenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą połączenia. Pokaż wszystkie posty

pod różne adresy

tak sobie spaceruje
- my
zwiedza
-my
i ogląda
się za siebie

(każde za swoje

ma
-my)

koincydencja

zupełna przypadkowość
miejsca i czasu
ale nie przypadkowość nas
to mogło się naprawdę
udać
pod warunkiem

[warunek nie został spełniony]

przeszkodziły w tym
różne niezmienne
o których przecież wie się
już wstępnie

przeszkodziły w tym
dwie burze piaskowe
samochód metalik
przecinający drogę
i jeden telefon

przeszkodziły w tym
nieostrości niedomówienia
jakieś przemówienie
do rozumu gdzieś na krańcu świata
daleko od tej rozmowy

daleko od tego wiersza

pora

wcina nas słoneczko
nie wiem jak mam się
pożegnać kotko

rok miesiąc
tydzień
ja w pół
popołudnia

jak po igle
kropla po kropli – wiosna

związek

moje drogie ciało cóż ci mam powiedzieć
czyszczę cię uprawiam jak bóg wie co
a ty mi się niecnoto odwdzięczasz
krwią zawrotami i chińskie znaki wyczyniasz
używając do tego naszych wspólnych pleców

mój czcigodny partnerze nierozerwalnie spięty
ze mną po wieki wieków odpuść chociaż dzisiaj
i pozwól raz się samej jeden raz bez lęku
o kryształową kulę czaszki o cienką nić kręgów

o to co rośnie w środku albo co umiera
czcigodne ciało odpuść ten związek i raz pozwól
raz bezcieleśnie i do końca się pozbierać

spotkania

zmówiłam śniadanie z nocną rozmową
śmiech brzęczał aż dzwoniły szyby
tak bardzo chciał dostać się do pokoju
trzeba było otworzyć okno

wyrecytował się przez wszystkie przypadki
okrążył stół liznął z kieliszka coś na kształt
upojenia

a później wyrywaliśmy obrazy z albumów
przyklejały się do ścian jak wielkie ptaki
łyskając kredowym papierem

a jeszcze wcześniej odkrywaliśmy karty
tomików książek spadały z półek jak deszcz
siadały łagodnie na podłodze

nie ośmieliliśmy się budzić dramatów
ponura sztuka zbyt ciężka kurtyna
a noc za duszna

dobrze otwierać oczy w tym pokoju
oblepionym nocnym szaleństwem zjadać
na śniadanie podany papier
zalewać go herbatą

i pewnie zrobią się od tego kurze łapki
w kątach wierszy już nie raz napisanych
pomarszczą się luźno narzucone farby
na nas pijanych

nauka mówienia

to był taki dziwny zmierzch
kiedy mnie słuchałeś
i kazałeś wymieniać litera po literce
cały alfabet
polski
a jeśli myliłam się na ogonkach
przy kresce śmiałeś się szczęśliwy
że to tak ładnie brzmi

głoski

później przyszła kolej na sylaby
dzieliliśmy wyrazy powoli
i żeby było sprawiedliwie
wyrzucaliśmy celując w otwarte
na oścież okno

było gorąco jak lipiec
a rano chichocząc
pod oknem pełnymi zdaniami
składaliśmy tę porozrzucaną noc

***

muszę się rozczarować
jest bardzo jasny
bardzo jasny
bardzo jasny poranek

z podwórka pada śnieg
patrzę jak każdy płatek
z osobna ma sześć ramion
każdy jest inny

a wszystkie razem są śniegiem
przyglądam się więc śniegowi

wspinam się po śniegowych
sznurkach jak Jack po łodydze fasoli
na szczycie utkwił zły olbrzym
i groźnie kiwa palcem
czy jestem płatkiem

nie wiem
siedzę na parapecie
i muszę się rozczarować

szkiełko

wcale się nie zmieniam myśli
starsza pani idąc po wykreślonych klasach
bez nadeptywania na linię
bez skuchy

nigdy się nie zmienię postanawia mała
z pierwszej klasy
co na chwilę przycupnęła na ławce
zmęczona grą

gdzie ja jestem – rozgląda się po osiedlu
obca

Cyrk Morales

to jest kolejny spektakl na który ciągną
tłumy - znów przyjechał cyrk do miasteczka
i znów ta dziwka będzie spędzać
sen z oczu naszym chłopcom

matki miejskie mielą przekleństwa
i żeby nie czarny sztywny wąsik mistrza
Augusto – tresera lwów za próg by nie ruszyły
do tej budy w życiu by nie weszły

brezent jest po wierzchu szary nobliwy
w środku istne bezeceństwa- Alfonso
niechcący dotyka uda sąsiadki
biednej Rosity która nie wie z czego żyje

a Carmen myśli o złotych cekinach
na gorsecie tamtej – czy to wygodne?
byłoby tak w tym spać kiedy się odciska
na policzku jak jasny krążek

i nagle zauważa wokół złote cętki a to
na krawacie Manolo a to w oczach Rosity
łyskają złote drobinki – anielskie pieniążki

to wielka artystka mówi Pepe do żony
i patrzy na drugą stronę gdzie Alfonso
pochyla się do ramienia - Rosita
(szepcze )

a na arenie mieniąc się uśmiechem
za którym się ukrywa nieludzką cierpliwość
i ogień zadyszki zaczepiona o liny
wiruje powoli głową w dół Angelica

eter

obraz jaki przychodzi mi do głowy
to wielkie okno wypełnione powietrzem
gdzieś za załomem korytarza jest sala
z jej portretem jak infantki zawsze ubranej
odświętnie

tego obrazu nigdy nie widziałam ale znam
każde pociągnięcie pędzla którym wydrapała
moją pamięć jak twardym żelazem – alba
za tym obrazem mieszczę się w szparze

kiedy stoję tyłem czasem myślę czy jestem
do niej podobna i dlaczego Goya
przeklął i mnie

połączenia

pierwsze połączenie dotyczyło naiwności
Kościół Świętej Naiwności był tuż za progiem
który przeszłam bezboleśnie choć potargana
niejasnym strachem że będzie z tego kara boska

kolejne sypnęły iskrami jak dziki kod dostępu
kanały tajne schadzki pierwsze próby deszyfracji
spojrzenia matki podejrzliwie patrzyły jakby bez niej
zaistniało samo to karcące bogactwo

-wzrok

i znów niejasno nowe połączenie poza światy
po coś czego nie można sięgnąć nożem ani
widelcem co się wymyka wszelkim chcę i nie chcę
i jest jak dendryt w neuronie wieży co wbija się
w niebo korzeniami tkwiąc jak Yggdrasil

Federico i Gelsomina

wędrówki pod północnym namiotem
na słoniu wózku i piłce
na rowerze

wędrówki na okrągło z nosem jak śliwka
w wyciągniętym swetrze

i niby jest
drabinka
aż pod sklepienie jest drążek

są puste oczy gwiazd jak dwa talerze
gołębie na wstążce


*



gaja

ta noc się zdarzyła
nie tylko nam choć chcielibyśmy
uchodzić za greckich bogów

objęła swoim ciałem połowę
ziemskiej kuli której nijak
nie da się dźwignąć z atlasem

noc po której zostaje
papier błysk promienia
chwilowy i mimowolny
uśmiech

jakieś nowe słowo
i my nie tacy
sami

skład rzeczy niepewnych

łóżko bez nóżki
chwiejące się w rytm przewrotek
na poduszkach
same poduszki
krzesło ze złamanym
oparciem

sprężyny sterczące z zegara
ani w tik ani w tak
tykanie
nieregularne

stół z uszczerbionym blatem
brak miejsca na łokcie
ja

ale czy trzeba się opierać?
podpierać kurde balans

oddalenie

to ewa tam mnie zawiodła
powiedział w obliczu
groźby
kary wygnania
- pod drzewo

chciałam
wyjść z ram twojego obrazu
więc trzeba było przeciąć
płótno
pępowinę

ja

nie myślałem o nagrodzie ani karze
szepnął wciskając im w głowy
ziemię
jak nasiona

poznanie

wejść sobie w krew zagościć
w sobie siebie ugaszczać
śpiąc na kościach ścięgnach

w stawach

spotykają się plemiona
wzajemnie znosząc odziedziczony sztandar
gdzie ja gdzie ciebie brak
przodku z kamienną twarzą
ostrym toporem z krzemienia

wejść w twoją krew rozmazać
zetlić płócienne stosy
jak krótką pamięć że kciuk
zaciska się na stylisku

w odruchu

wkładam głowę do wody
przyczaić się na dnie w mule
grzebać koszule przymierzać
każda parciana

fara

zanurzam się w mrok o gładkiej korze
żłobionej równolegle równomiernie
marmurowe kolumny
drzewa wspierają dach

sklepienie wiąże im gałęzie
zgrabiały las

kiedy odwracam głowę- rośnie
a kiedy przyciskam do pnia
- czuję
jak pod chłodną skórą
piętrzą się możliwości – złote liście

bliżej skraju skręcają potężnie
w liany dusicielskie podpory
ciemnych ołtarzy w prześwicie
święty Franciszek z dzieckiem

i mała ja

sójka

zbieram się do odlotu
zabiegam
do starych znajomych po garść
albo łokieć tego
co lubiłam nazywać dobrym
miejscem

zbieram się jeszcze
chwilę wyglądam na taką
małą wyspę co bywała
niezbyt samotna i w miarę
zamieszkana

i pierwszy raz się boję
lotów chociaż nie pierwszy raz
lecę

rozumienie

chciałabym się przespać w tobie
może być na rogówce. być może
tak się złożyć żeby nie zahaczać
o bębenkową błonę

ani szorstką piętą nie wypchnąć
hipokampu jak konia trojańskiego
w podwzgórze

się umościć gdziekolwiek
nawet w skórze. nie wpływać

nie wypływać

Cenote calavera

na dnie cenotu
w okamgnieniu rosną
pokłady zobaczonych
warstwy dotkniętych
rzeczy

których się zwykło nie nazywać
prosto wrażeniem

w korytarzach czaszki
czego opisać nie sposób
śpi świat odbity

od gładkiej tafli
wspomnienie
glosa