magicznie

przytulony do pleców pośladków
powtarzał palcami wszystkie
brzydkie fałdy jej ciała
i zmieniał
w kochanie

przestań na mnie wrzeszczeć

(tusz'2007)

Schowanie w orzechu

(tusz i pastel olejny'2007)

zapasy

cały zapas słów został wyczerpany
chciałabym ci powiedzieć
dzień (jakiś tam)
cokolwiek

a wszystko już zostało
powiedziane
za mnie
za ciebie
za cały zapas słów

dałabym się wyczerpać
lecz chcieć - powiedział
(jakiś tam) dzień
-cokolwiek

to już wszystko

podróż

tego naprawdę nie słychać
to tylko buczący pogłos gdzieś tam
sunących wysokich energii

struny o długościach mniejszych
niż wyobrażalna granica punktu
otwarte lub zwinięte w porządny

równy obwarzanek - prowadnice pól
generatory ja i nieja najmniejsze maksymalne
zakrzywienia po których nie da się
wrócić

nie da się powtórzyć żadnej
z alterntywnych histerii

La zatrzymuje bieg

dokąd przelewa się woda z oceanu
kiedy wieczorny odpływ zabiera ją
z mojej sukienki? La cofa stopy

pod dębowe krzesło stojące
naprzeciw ogólności
to nigdy nie ginie laleczko -
Pszczeli Pan irytuje sie na kolejne
próby powstrzymania porządku

krajobraz falujący

bywa przekraczaniem granicy
śmieszności że się czeka na
niemożliwe a jednak

pamięć i to co jej
pozwala zatrzymać
obraz kiedy wśród snu

otwiera się oczy
najjaśniejsze na jakie tylko nas
stać kiedy się uśmiecha do siebie
i siebie nawzajem

tym uśmiechem dotyka

(Fot.Zina)

od początku

chciałabym ci napisać mario
cichy wiersz że tyle razy
opowiadane
było nowe
i od nowa nowe i kolejne

ciągi cyfr słów
śmiechu przez rozłożone
liście kasztanowców

chciałabym czule
nieomylnie

rekombinacja

z tą zmiennością jak
nie wiem
nadal cię
nieprzytomnie

może

gdyby to były
przynajmniej cztery
głowy
naprawdę trzeba było by
się zdenerwować a

jestem

zielona jakbym pierwszy raz
widziała jedną
pierwszy mówiła dzień

niech będzie dobry

lista drzeworytów

słój olchowy
dymi się dni jad
kiełbasiany
wędzidło
na czarne nie moje

słój brzozowy
się skarży płatami
jak to odpada od rzeczy
zawiesistość

słój sosnowy
podobno
eterycznie
ale chuj wie

słój jodłowy
stój jodlolohii

słój
szklany

konstrukcje

posłuchaj ruchu patyczków trzcinniczków długich
bambusowych dźwięków wędziska niosących szum
znad jeziora wsypującego piasek w każdą kieszeń

już nie mogę mam uszy a one niby są a są
zablokowane nadmiarem pływów setkami
pojedynczych wyrazów. tak jest naprawdę ładnie

używać wody ognia powietrza. w tę i w drugą
po światło kawałki wciąż na nowo konstruować statki
jak ona jemu on jej oni razem innym onym aż wyjdzie

rewelacyjnie. kupka popiołu plastikowy
nocnik

tamanie

cicho modre oczko idź spać rano
musita wstawać jak wszystkie jeziorka
zakończone drewnianym wyrazem

koniec powrózki i kare konie
co się nie w piki wbijają a w reszcie
noszą znamiona kratek zeszytowych

skrzydełka samolocików z bibuły lekkie
mobile na patyku dylu dylu raz i dwa
wymarsz człopczyku z tego świata

marsz trawy chichocą w krainach
w krainach

dysk

gdyby się nie chciało tak
jak się chce może trzeba by
mieć wszystko

o czym tylko wolno marzyć
a wolno o całym koniecznie
gryźć rąbek koca że się nie
wydarza

ciskać piorunowe strzałki
albo pluć pestkami w skali
mikro
tak bym chciała czasem z twarzą
ludzką wściec się bo

bez gniewu nie czuje się dotknięty
świat na którym brakuje
miejsca

jaką chcę

chociaż spadają ziarnka grochu
nie wyrasta z nich łodyga

[do nieba ]

może brak olbrzyma
i nikt nie rozpoznał imienia
dziecka
co się życzyło wspinać

[w morze ]

fala zakpiła
i tratwę buduje się z pni
bo straty nie chce

[nikt]

nie cierpi
nie znajduje takiej
jaką znam

re konstrukcja

składamy ziarnko do ziarnka z nadzieją
że się zbierze bezmiar i wyleje poza
podwórko przeniesie nad płotem

na nie uczęszczane pola
że będzie się można zanurzyć raz i jeszcze
raz ewoluować w formę przestrzeń

wypchaną materią właściwie niejasną
ale też i nie ciemną od nowa

La wyjątkowo nie wie co zrobić

mówienie plącze rzeczywiste supły
i nie wie tego nikt (nawet Barnaba)

dlaczego czasem się wychodzi
zostawiając otwarte drzwi a w progu
ziarno gorczycy jakby miało zatrzymać
albo zabrać do środka

więc dziś wyjątkowo usiadła przy oknie
patrzy jak inni w takich przypadkach





(Fot.Jacek)

wiesiołek

jest coś z wiesiołka w byciu kobietą
kiedy już powoli zostają dziewczęce sukienki
poza tobą nikt nie pragnie dotykania skóry

wtedy jest coś z wiesiołka – może łagodzenie
podrażnień alergii i na stwardnienie rozsiane
lek który wygląda jak zwyczajne zielsko

jak ty chcę w kącie ogrodu stać wesoło szczerząc
żółtą mordę przez liście choć to wieczne szczypanie
że nie boli olejem łagodzi się zmrok a przecież

można nigdy nie umrzeć nie posiadać kłącza

wszechświat

jak pchły skaczemy wokół spraw i sprawek
niecnych choć całkiem rozsądnych z punktu
widzenia od strony dupy bo taki już obyczaj

-istnieć paradnie

z ciałkami i ogromnymi królestwami które się nie chcą
zmieścić na wspólnym niebie i zaczynają jazgotać
przy każdym nieostrożnym ruchu

chociaż raz chciałabym poleżeć obok ciebie
może być w trumnie

plujka (pantum)

pan tu mi nie pluje teraz
żeby napluć do rosołu
trzeba jeszcze dojść do stołu
dojść a nie spod się wydzierać

żeby napluć do rosołu
lub w talerzu cudzym gmerać
dojść a nie spod się wydzierać
trzeba kark mieć najmniej wołu

lub w talerzu cudzym gmerać
ja też lubię a pospołu
(trzeba kark mieć najmniej wołu)
w kupie raźniej się pozbierać

ja też lubię a pospołu
mniej wstydliwie szaty zdzierać
w kupie raźniej się pozbierać
i jak muchy wybić z dołu


mniej wstydliwie szaty zdzierać
z trąbki zetrzeć ślad popiołu
i jak muchy wybić z dołu
pan tu mi nie pluje teraz

Porządek

(pastel.2007)

opuszczenie siedlisk

w niewydworze zbyt wcześnie
zrezygnowano z usług zielarskich
i teraz co?

pojawiła się martwica zapaści
powierzchni i tak już dostatecznie
wklęsłej

nadchodzi pierwsze ziarno gorczycy
natura kiełków każe je szczerzyć
na polach nadal nie zagospodarowanych

zwolniony ogląda się jeszcze za siebie i widzi
parę recept które zbudowałyby poruszenie
z kilku patyków i miodu

późno

porzucone gronostaje kołyszą się
na oparciu fotela i zastanawiają czy już
użyte mogą do domu
pielęgnować włos

bo wysłużonym płaszczom
wszystko wypada

co cesarskie

(Lasowi)

zatrzymanie

pierwszy raz nie obeszłam swoich urodzin
i moje urodziny nikogo nie obeszły
przyszło trzech gości - dwóch z nich
od tapicerki a jeden to był kominiarz

a tak jest tu komin miło że pan pamiętał
- wygarnął i poszedł zostawiając
guzik z najlepszymi życzeniami (takie szczęście)

dwóch od kompletu kołdry z poduszkami nadal
siedzi na kanapie. kruche ciastka z wczoraj
szklanki z cienkiego szkła zestaw sztućców
ze wzorkiem w lilijki. czas od tej pory

nie chce mnie poruszyć

w górę

(szybka proba autoportretu.

Posiedzenie Rady Pedagogicznej 11.2007)

o

nie umiem tak żeby nie wróciły
odbijając się o ziemię
(jak piłka)
małą i nierozsądną

chwilę
chciałabym zamienić
na kolejną małą
(i nierozsądną)
i jeszcze

nie umiem mówić
choć gadam wiele
żeby powiedzieć

kra

no i wstaje świt (a jednak) w gardle wstaje zużycie
na nowo a dopiero co się pospało i posypało jak to

że można powiedzieć nic i jednocześnie nie móc nic
powiedzieć. podobno ptaki (jak drzewa) umierają stojąc ale ja
widziałam je leżące całymi masami znacząc ścieżki

małym chudym krzyżykiem - czy tylko to pozostaje
w mojej pamięci? a gdzie obiecany trzepot skrzydeł
gdzie krótkie urywane dźwięki i te dłuższe na granicy

słyszalności zawodzące zwykle niby-płaczki
w szary kąt cmentarza. ptaki choćby wszystkie

wrony tego świata
dzień jest naprawdę dobry

zjawisko błękitnienia lodu

kości kostki kryształki wody w temperaturze
niższej niż zero skali opartej tylko na własności
chętnie zmieniającej stany

chwile skupienia pryzmaty i efekty optyczne
ciche bo wysokie dźwięki na granicy sieci
kryształów potrącenia wywołujące natychmiastowy
rezonans pękanie i załamania

światła to jak uginanie fal przechodzenie na granicy
faz błękitnienie lodu tuż przed samym końcem
palców kiedy potencjał krwi nie wystarcza

do wewnątrz

groszku za krzywą linią paproszku
w kącie mojego oka jak okruch
ciepłego wiersza wbity aż po samotność
w głąb mojej głowy. drogo

ścieżynko w pętelkach koniczyn
z poczwórnym listkiem wybranych
do najdrobniejszych myśli
na tobie łamie się światło i załamuje
ciemność. trę oczy garścią

jak niewygodne szkiełko którego brak
bardziej boli niż wszystkie pustynie piasku

na zewnątrz

istnieją strony których nie można przeczytać
zajrzeć za rąbek tajemnic i odwrócić kartkę
żeby odetchnąć spokojniej między kubkiem herbaty
a oknem. kierunki wzdłuż których łatwo się pogubić

studnie tłumiące głos jakby mówić nie chciały
za wiele i wobec tego wolą nie wydawać z siebie. chłód
łatwo wspina się na kamienie szybko przekracza progi
i tak niewiele dzieli od końca czuły gest zatrzymany

w połowie drogi. ciepłe słowo które
nieopatrznie rozpuściło się na języku


mandala

najpierw kruszył oporny szafir który da początek
mężnemu ciału i gniewnym gestom. później
powstawał proszek czerwony z niego usypie
poznanie zmysłami dotknięcie wysokich bram
bez przygnębienia. szmaragdy rodziły się z brzaskiem
odpędzały burze. wykreśli się z nich życie więc ścierał
drobno (żeby pokonać niewiedzę trzeba przygotować
cały woreczek zielonego pyłu). białej perle
sproszkowanej w geście opieki
usypał się kwiat lotosu – jakie to trudne
rozdrabniać

agni

w moim brzuchu zalągł się ogień. przyszedł
niepostrzeżenie i uwił gniazdo - jak można
nie zauważyć płomienia - mówili mędrcy którzy

zjedli już wszystkie rozumy i potrafili wskazać
tan tien co do milimetra. a jednak istnieją bruzdy
którymi wymyka się nadmiar energii w których

nawet ja mogę dać się oświecić albo blask stracić
mogą rozumienia. zalęgło się nieoczekiwanie światło
chciało i wędruję do tego

Początek głodu

(pastel olejny.2007)

len

ona - nisko pochyla się nad ramą
to płócienny raz kiedy taki wątek
przed nią przeciąga się w dole

fabryczne miasto miejsce nie do opasania
doliną niedorzecznym sposobem ujęcia
u brodu złotymi nitkami błyskawic

próbuje zszywać poplątane chwasty
w ciepłe dłonie ścieżek przytulii
czepnych jak treść którą wyrywa
z palców

teraz ja – niespokojnie patrzę
na kanwie obrazu snuję babskie
domysły lata chwytam

pogubione sensy gubię
się w ważnych rozumieniach
wystających ze słów

burzyć budować


*
(wiersz w porozumieniu z Fanaberką i z jej użyciem ;P )

"Pod zielonym groszkiem"

(tusz i farba plakatowa. 2007)

inne słońce

(tusz i farba plakatowa.2007)

czas snu

ześnił mi się wiersz australijski cierpki
jak miodowa mrówka pełen nieoznaczonych
sensów cisza wokół niego przenosiła krótko

obecność wokół źródeł strachu i tego
wszystkiego co nim napełnia księżyc
próbował znaleźć drogę nawet wysyłał

jaszczurkę o jasnym imieniu goanna co może
znaczyć wiele co może prosto znaczyć
szuka się drogi między szarym takiej

gdzie strach i początek tańca powodują
kwitnięcie drzew rozgrzewanie wód
piaszczyste powroty
czas snu



.

Liść

Podobno raz w roku, ostatni liść zamienia się w motyla.
*

(kredka akwarelowa.2006)

Zaklęcie

(gwasz na tekturze. 2007)

idzie jesień

.

*

zwinęło się jabłkowicie lato
w szklanym kieliszku nad nie
wyżej tylko wiatr się plącze
w warkocz brzozowy

- ach wysmagać jeszcze
gołe łydki dziewanny pod rumiano
zalistniałym lasem
co surowo patrzy na takie
zabawy

dziś jesieni dzień pierwszy i wszystkie
klucze zawracają smaki z palców
zlizane układają się do snu

za piecem dym zdyszany w deszcze
dziurom posyła zapóźnione znaki
że się czeka że się mocno związało
w pąk


w jedną i drugą stronę

przechodząc z jednej do drugiej strefy zmieniam
klimaty rozmów spojrzenia gubię dotykanie cudzego ciała

to jest odludne miejsce w którym coś
się spotyka i spotyka się. miejsce na szczycie
głowy gdzie istnieje tylko sobek który czasem
przypomina krokodyla ze zwrotnikowej strefy
a czasem zwyczajnie jest tobą. żadnym
bogiem - ciało materialne.

przekraczanie

równoległych linii pociąga
za sobą oddalanie się od słońca i mozolne ogarnianie.
z takiej wędrówki wraca się pokrytym szronem
ale więcej widać. podobno

unosi nas równik linia opasania. opisania
miejsc z których wciąż rośnie kolebka
kanciastej skóry ostrych zębów ochrowego barwnika.
żółta mulista rzeka zwija się z błękitną
jak macierz

sen S.

"czasem to tylko przestraszona rybka
w gęstwinie palców..."

(Dariusz Sokołowski: Podskórnie)
.


(tusz i pastel olejny.2007)

Tak się tęskni, Kochanie

(tusz i pastel olejny. 2007)

Tak się dotyka, Kochanie

(tusz i pastel olejny. 2007)

masa krytyczna

jest w horyzoncie cała masa dziur przez nie słońce
widać. że nie przyszłaś właśnie teraz zrzućmy to
na karb grawitacji. zrzućmy wszystkie ludzkie maski

bądź nieludzka bądź kosmiczna kobieto pełna
przywar i nieznośnej obecności. nie może być więcej
i więcej chcieć nie można. ty mi bądź mężczyzno poza

horyzontem i przed zapadaniem światła w gęstą masę
zmierzchu. przyjdź i weź co twoje co się nigdy nie może
dostać żadnemu z obcych

Cienie

(tusz i kredka.2007)

wiąz

stokroć przywiązała się do drzewa
za szumnie nie nazywać. czasem
trzeba trochę pomilczeć w odcieniach

mały kwiatek który nie wie nawet
jak bolą korzenie kiedy zapadają w głąb
-tak się rośnie kochanie mówi jej

wiąz. to nie tylko dosięganie nieba
trzeba jeszcze żyć w zgodzie z kamieniem
moja stokrotko ból jest niczym

dotykanie serca. zwykle się wyrywa
z palców i ucieka. ale ty mała moja zostań
oboje nie wiemy czy i po tobie nie zostanie
przepaść

Tak się rośnie, Kochanie
(tusz i pastel olejny.2007)

próba uporządkowania

entomologia zmamrotała niejasno w kwestii poruszania się
cząstek Brown wstał i wyszedł z siebie samego wystraszony
nagle zaistniałym jazzem. ja układam

równo buty
równo sukienkę na kancie zaprasowuję
równo ręką
na to jest szuflada

okoliczności nakazują utrzymać porządek więc zachodzi
słońce i przymus segregacji coraz szerzej otwieramoczy
nie wierzę - to motyle. lecą całymi stadami otrzepują pył

ze skrzydeł
z moich kolan
z ust

chyba nie umiem być idealna równa zawsze mi się krzywi
buzia do uśmiechu albo płaczu myślę tylko jedną
stroną serca mam patyk. szuflady czym umiem
wypełniam

nigdy nie jest za późno

między nami wydarzają się wiersze więc zarzuciłam
te niewydarzone teraz będzie zupełnie inny
czas bo idzie jesień i przynosi wszystkie liście,

które obiecałam nakleić ci na skórę każdy za jedno
ciepłe zakończenie. nas i tych wszystkich gestów
które mają się i muszą spełniać bo na to są

zaklęcia miłosne żeby żadna siła ani żadne morze
nie dzieliło. teraz będę potrafiła usiedzieć spokojnie
czekając na ptaki z ciepłych wysp a ty będziesz
spał łagodnie ukrywając usta w moim biodrze.

tam powstanie nasza własna przestrzeń i zasłoni
przed spojrzeniem cierpkim. tym co trzeba jeszcze
takie miejsca mają to do siebie ile my do siebie mamy
odległości- trzeba prawdy czasu i pragnienia mnie i ciebie

więc mi mów kochanie dotknij z dala czasem
kiedy prawie niemożliwa się wydaje dotykania łatwość
sięgnij
właśnie wtedy jak się nową cegłę kładzie w coraz
wyższą ścianę,która będzie podpierała nie dzieliła.

radośniejszej mnie nie znajdziesz w każdej
gwieździe imię ci powtórzę będę
widzieć wszystko dookoła co się stanie i co jest
schowane w słowach. tul mnie
ja ci stokroć . w ciepłych dłoniach także dla nas
rośnie

wiersz Podarka

jest obok ciebie
jedna z tych ładnych rzeczy które pachną kminkiem
nie lubisz lubisz nie lubisz i trzeba ciągle wybierać
ziarnko po ziarnku układam na stole
moją dłoń twoją dłoń moją dłoń
mży się

popołudniowe słońce

**

niech się śni
anyżek kocimiętka jeżogłówka
purpurowa z zawstydzenia
dziś chowam się w firankę

ulgnij



(Fot.Oleńka)

Lilith

moje ciało ma smak dziczy
jak pieprz kuszące
podróżników do krajów arabskich

podpieram szczytami Krzyż Południa
ruchliwym językiem
jestem w stanie dotrzeć wszędzie
nawet do podręczników logiki

przemycam figi pod palcami, bieluń
wężowym drżeniem zrzucam chłód
staję się nowa

ja spokojna i wolna
ty już opanowany

środek

tak się przegiąć rozciągnąć żeby skrawkiem skóry
dotknąć rożka księżyca i poczuć jak pulsuje
kamienny pył w głębi naczyń aż się wzburzy zza okna

noc która odkrywa i uważnie patrzy co się śni
pod powiekami kruche ciała unikają dali
dotykając szyi miejsca gdzie kiełkują światy wiążę

się na stałe z policzkiem poduszki po to
żeby spleść palce unieść wyżej biodra odgiąć
głowę do tyłu i trafić na obraz. cicho
szepnąć mu – oddychaj. rozłam

baśń z zakątka

lisek zamiata ślad ogonem
za sobą za sobą nie dojdziesz
gdzie pobiegł gdzie jest i dokąd
jego droga dąży

przez las lis gałęzią bez liści
zmiata ślady z okruchów żaden
się nie pożywi ptak nie trafisz
w odbicia łap te co za sobą
zostawił

jest krzak obsypany igiełkami sadzi
sadzi lis przebiegł za sobą włos
na nim jak promień lśniący
dla tych co chcieli


Nadzieja Miczurina odchodzi

z powodu umierania Nadziei
pokój został zamknięty
zawieszony na czas określający
jakość i wysokość zejścia

przyjaciele brzęczący do niedawna
pod drzwiami nasłuchują trwożliwie dotykając
palcem ust a te krzywią się same jakby wobec
odchodzenia nadziei urządzały żarty

(koniecznie wiedzieć co się wydarzyło w pokoju)

przy łóżku packa na muchy
i okulary zbyteczne miała
zbyt dobry wzrok żeby używać
szkła za to muchy lubiła rzeczywiście

i jest coś w tej ciszy nawet
nie podniosłego raczej zerkanie
za siebie czy to naprawdę już
i czy się dla niej skończyło wszystko
czy to może ona

listopad

moja cicha jest kolejny miesiąc
to co rośnie w mózgu dawno przekroczyło
wszelką wyobraźnię. choćby się uganiać
za i przed potworami księżyc mówi jasno

i popatrz jednak ciągle krwawię kąsam
kota szczotkuję i maluję oczy
na powiekach. chociaż łatwo opadają

ręce cicha moja są bezpieczne. zwykle to język
czuje się jak pozrywany ząbkami pocztowy znaczek

nadinterpretacje

półobręcz prowadzi przez drewnianą ramę
poza część pieśni która od dawna śni pod wodą wszystko
co odłożyłam z czasem za jakiś czas. jak piasek

sypie się wciąż z młynka na dnie morza zamiast soli
z której powinno się chyba robić cegły -struktury
krystaliczne mają przecież tyle zalet. łamią

spojrzenie pod kątem uginają każdy padający
zamysł. to jest tylko taka mała wyspa z niej patrzę
na twoje słowa i zastanawiam czy powinno się zdarzać

czy raczej zderzać się muszą obrazy że jeśli mówisz -ja
powinnam słuchać po swojemu przydzielać inne liście
drzewom wbrew melodii która przebija wszystkie kładki

pomosty połączenia pokrywa sztywnym dachem. duszno
woda jest żywiczna leniwie spod palców wypływa
wprost w moje gardło. jak cynowy dzbanek


kartografia połączeń

i to był ostatni moment kiedy zawołałeś
do mnie Agnieszko. kiedy już umilkły
szmery wiązań łączeń cały ten proces

stanął i runął w dół. na jednym
końcu zimny biegun fotela którego nie sposób
pokonać ani ominąć w drugim

potencjał redukcyjny kwaśna reakcja na oddalenie
przewodnika. imiona rosną i się burzą czasem
spadają deszczem na pola

magnetyczne. wychodzę co rano
z założeń że nie kreśli się tylko jednym
gestem. chciałabym żebyś znów
ze mnie wykiełkował

zapomnienia

w dłoniach pusto to sen
ostróżki co ciekawie wyciąga główkę
znad traw. już odchodzi do lamusa

lato gubią się za słońcem polany
gdzie kiedyś przychodził

[odpocząć ]

umilkły świerszczenia szepty
wewnątrz las zasnął i położył

głowę klucz żurawi
upadł w cień
nikogo nie znajdzie

przeniesienie

(wiersz procesarski)

baj mnie bajaj
o starożytnych królowych
choć nie lubię mleka i wieczorów
samotnych mi nie brak

tym razem opowiedz
jak szumią chorągwie i jak ścierają
armie z bezplamiem historii

baj mnie dziś jestem zmęczona
codziennym zaglądaniem w lustra
niech zasłona szarego dymu
na chwilę przeniesie mnie w mrok

pospolita

jestem białym dmuchawcem
niechętnie
daję się unosić z każdym
powiewem

ryzykanci liżą palce
próbowali rwać
dla siebie

taka krucha łodyżka
a w pysku gorzko
ot mniszka

(Autor: Baś Lewonowska)

Niebezpieczeństwo słów

Może być tak,
że machając nazbyt sztuczną
szczęką,
kłapnę się kiedyś we własny bełkot.

pożeracz

Karmię się słowami
jak pająk ścierwem much, motyli, ós,
jak się muzy
wszelkich póz, ry i nie-mowanych,
karmią poetami

z baśni

nie chcę już żadnych pazurów w wierszach
ni srebrnych sopli
pustka niech wokół nastanie śnieżna
krwi kilka kropli
dziewczę o cerze białej jak śnieg,
ustach jak krew, włosach jak heban
wrzeciono tak mam opanowane
by się złej wróżki nie bać

gepardy

oczekiwanie, uszy po sobie
czujna źrenica
mięśnie
zwrot szybki
skok
do gardła
krew na palcach
życie sawanny betonowej

ogród

płatki jedwabiu na piersi
dotykają czego nie wolno
zostawiać byle gdzie
na byle obcych ustach

dłonie pozwalają sobie
rysować tajemnicze rośliny
ich kolczaste liście
przypominają

wiatr kładzie głowę
na brzuchu smutnym palcem
chłodzi rozpaloną wiosnę
w ogrodzie

Yin

część trzciny
myślącej I-ching
rozsypało moim powodem
chęć wejścia znów w nurt

bez białej plamki na rybce
w ogrodzie zen
być może ze względu na umiarkowany klimat
dziś brak mi światła

ewolucja

pierwsze poruszyły zwierzęta
o nadziei nic mówić nie chciały
nie były też interesująco zmitologizowane
kołysząc się w przestrzeni śpiewały o księżycu
pływach chorobach owiec zamarzaniu w zadymce

wydmuchawszy pamięć tkankową
przez nos
osocze oczyściliśmy pracowicie z pieśni
ani tu ani tam nie jesteśmy zamieszczeni
mówimy nie czekając na pytania
nie śpiewamy z trawą
nie łączymy się w końcu opowieści
naprawdę umieramy
tylko my
choć ostatni
częściej pierwsi

nie do wiary

po moim pokoju lata kot
mam go wydać świętej inkwizycji
znowu powieszą mi na drzwiach
sklerotkę
-nie ma latających futer

znowu obudzę się pod stołem
nie wierząc w drzewa i gadanie
starych babek

znowu zniosą na szufelce
ogień piekielny
uwierzę
spali

podanie

podobno czarownice tylko bez
siedzę więc naga i piszę
do pana list a może to nawet kora

brzozowa na wiosenne uroki
dobra na takie przenoszenie
chciałabym użyć skóry

pańskiej nie moje ciało
to tylko niebieski atrament
śliną nie piszę

po liściach do cudzych poetów
szaleję bo przecież posiada pan w głowie
te wszystkie słowa

obsypujące świat srebrne łuski
ile bym dała za takie czary
dziś niech pan mnie weźmie

jutro zapłacę

stając nad stawem

Grąży się w wodzie cień grążela,
nad liściem listy śle skrzydłami
skrzy piąca ważka, szkap kapela
nad brzegiem brzęczy paszczękami.

rozcieńczalnia

to wszystko kochanie
niemal tak niedawno
prosiłam
nie rozpuść się kawą nad ranem

omotać bawełnąw kolorze pościeli
mogliśmy i na zawsze
ja nie mogłam zasnąć

kochanie
także u mnie brak reanimacji
umierają godziny
by dzień móc zatrzasnąć

wciąż muszę wybierać
między widmem a chłodem
głodem wciąż przyciąga
ta struga nadgarstka

dopełnienie

wiosną

chcę byś urastał
nawet do rangi problemu
a ja będę ślicznieć ci w trawie
jak stokrotne dzwoneczki

latem

dojrzeć nad miarę
rozsunąć pod nami niebo
słońcem zaowocować
prosto w twoje objęcia
głodna

jesiennie

zaszumieć ci w głowie
jak krew uderzyć na wargach
zlizana od bólu łakomie
wysypać się chcę z koszyka
rozpostrzeć

zimą

nad burzą
białą jak płatki skrzydła
leniwym ruchem byś dotknął
ciepłej pod tobą ziemi

księżycowo
się stać

uwaga grzybnie

(dedykowany wielkiemu znawcy i miłośnikowi - Lasowi)



Raz gajowy z Pankraca co to był witalny
nazbierał na kolację pieprzników jadalnych
bo tak mu podwórko
zasypało kurką
że nawet dla wiewiórek nazbyt był nachalny.

**

żona w kącie sieni zwykle w pogotowiu
trzyma na leśnika kij o tęgim zdrowiu
by się nie śmiał sparzyć
kiedy się nadarzy
na podwórku wysyp takowego drobiu

pokrzyk

zdumiewająca ta atropina
kolejna piękna pani
z wilczym uśmiechem
mi się rozszerza

a może to strach
przed ukradkowym jedzeniem
niedozwolonych jagód
bo ugryźć policzek
jest cierpko

i jeszcze można usłyszeć

z pól

czerwone słońce
świergoce w jarzębinie
chłodny poranek

nadwisanie

lubię pociągami przejeżdżać przez mosty
lepką chwilę zwiesza nitka nad nie byciem
nagłe kołysanie powietrza rozmycie
z wizgiem w trans pajęczy wdziera cienkim ostrzem

krótkie zawahanie jakby trzeba skoczyć
żeby się oderwać od wąskiego toru
choć za koła trzyma stalą wśród rumoru
zawsze jedna szansa że nić się przekroczy

i od dudnień złomu uwolni jak rzeka
co pod wszystkim obca niewzruszona bieży
zerwać się ogniwem stalowej uprzęży
ale już za mostem
następnego czekam

tabliczka

za siatkówką oka psy
bezpańskie
rozpuszczone
hektolitry mazgajstwa
wysoko i niskoprocentowego

nerwoprowadnica
łańcuch dla obrazów
a słów kaganiec

po pysku można dostać
za bicie się z myślami
to czego nie oglądam
nie kończy się na
i nie zaczyna więc

nie wyglądam
na wzorowe gospodarstwa

terrarium

w gładkich ścianach słów
na pustyni
udającej piasek

wśród plastikowych palemek
z wielkiej nocy
na kamieniach

wleczonych skrupulatnie
z każdej naszej wyprawy
mimo bacznej obserwacji

trzymasz kochanie
prawdziwie jadowitego gada

z tęsknień

na horyzoncie
w ostrym blasku księżyca
wiruje piórko

święci lepią garnki

pytałeś Piotra
gdy kurzył po raz pierwszy
czy się opierał?

gabinet

ech ty poetko od siedmiu skakanek
na cóż ci wstrząsy
paryskie dąsy suknie z firanek

błąd musi być utkany
subtelnie bych ciało się pochylić
wziąć do ręki dało jak nie przymierzając
pasącego się konika w trawie

(bo kto chciałby konia przymierzać)
niezdrowe
nagromadzenie wersów
na krzywy ryj próbujących
wejść w kanon więc póki co

pod obiektywem bacznym szczerzą
zęby jak drobne małże
rządkami w twoich ustach

ech ty poetko pianko złotopusta
chyba cię ubiję

tłukąc lusterko

tkacze potyki

zupełnie niepoczciwe tkaczko
ten brak ochoty
na rozsupływanie węzełków nieuważnej
osnowy splątanej przez pociągactwo
do tej pory raczej ją wlokłam

nie będę nurkować pod kołdry
żeby sprawdzić dopuszczalne istnienie
pozrywanych wątków w cudzych oczach
niech to nawet będą frędzelki
zaplecione w przypływie roztargnienia
(może zuchwalstwa)

naprędce związane co się ciągnęło zanim
ktokolwiek się obejrzał machnęłam kłębkiem
przez okno siedzę nad śrubokrętem
daleko mi dziś do tkactwa

martwe układy

wypada na pysk mi słowo
i w mordę jak nie huknie.
cholera muszę na nowo
pościelić w trumnie

bo wiatr

listopadowy bar w połowie drogi między schodami
mekka jesiennych pijaków moja i jednego kolegi
za deską rozdzielczą marian od błogosławieństw
chrzci rozdaje nawraca raz po raz z naręczem
szklanek

i robi się coraz bardziej szklano za i przed oczami
stoły dębieją a podobno metal zimny na karku
strach

na dziś to już ostatni wyrzut joanny do krwi
hormonalno-nerwowe wpółprzekazywanie
pomiędzy kolejno zawianymi znakami do domu

poranek

pręgowana jesień kładzie się na trawie
w schnący na sznurze chłód oddarte
ramię lipy i obłok między rękami
przykościelnego klonu

tak sobie krajwyobrażam cały
mój świat zamknięty w czterech wiatrach
jeszcze od strony nieznośnych wzgórz
niewinny a już wydrapany akwafortą
na porannie grudziejącej ziemi

kocio się rozciąga tutaj czas ziewa
w dzioby wronom przygniatając łapą
zielską i ludzką samotność lnianą
bo nie będzie wolny co przynajmniej raz
mocno nie przywiąże
i nie będzie cierpiał dotykając
choć z daleka
choćby w snach

ukrywam czułki

na trawie świat niepotrzebny
szczególnie powyżej pasa
kiedy się robi spiralnie
odkrywam miękkość

nie chcę badać
szukać nowych portów
żeby się podpiąć
phi tam
jestem powolna

temu rytmowi
dymów snujących się nad ścierniskiem
wkrótce przyśni się zima
to już dziś chowam

kulawy stół jest lepszy do gry w szachy niż srebrna igła

nie apollo przemyka bez echa
pośród nie jesiennych zabaw
nie ład trzeszczy w trawie
odbija się w trzewiach

na progu z gałązką wilczego
w zębach ze wzdętym żywotem
sromotnie z muchami pomiędzy

(Tendzin do wilczego łyka)

**

albowiem nie wielbłąd wymyślił filiżanki

szybkostopy mógłby ale jego loki
robią dźwięk tylko zimą słychać
gdy jagody marzną

na nie mamy pułapki
trzewia nie winne z łykiem się zadawać
wilczym potem głodem będą
mrzeć lub marzyć

i wolno na progu siadać
pijąc w taki dzień brzozowy
sok nie myśląc o pustkowiach
kwarcu

wilcze

szacowne pnie bronią dostępu
mówią uważaj wawrzynek
twoje zabawy są niejesienne

no przecież stoję nad brzegiem litospadu
pod to co zostawiam trzeszczy nieład
przede mną Wasza Wysokość ściana Lesie

co ma zrobić kawałek trującego ziela
gdy zdenerwowani że się śmie je
wołają na pomoc tego od kitary
(wbije mi ją przez głowę?)

to siadam na progu bo nie będzie ze mnie dafne
pomilczę przynajmniej z muchami bez wstydu
o sromotnikach

bycie klasycznym łykiem pomiędzy też ma zalety
można bez echa przełykać


(foto Jacek Salmanowicz)

to już (jesień)

je sień
a i zeżarłby korytarz
żeby tylko na kamieniu
deska nie została

bo jego
bo boli
bo kurwa naniosła liści
a miała mu gotować

elegancki futerał
z kołatką

całe stada kołatków


*
http://img236.imageshack.us/img236/1355/co01copyib2.jpg
http://www.digart.pl/praca/1258905/to_juz.html
http://www.digart.pl/praca/1240088/To_Juz.html
http://www.digart.pl/praca/1236742/dodane.html
http://www.digart.pl/praca/1235875.html

wieki średnie

chcę być zwodzona jak most
więc mnie okłam
rzuć nad miastem do którego jadę

później unieś
i chociaż znowu nie trafię
chcę dostać nowego spojrzenia
jak rumieńca

nawet gdy skończy się nocą
w rękawach domu wariatów
podobno płonął
tylko nie można przerywać kładek

a moje miejsce już od lat
przywiązało się do liczenia baranów

progi

(Tej, co jest)

wieczna obiecanka kamieniu
rzeki
tylko się oddaj
tam gdzie szczęśliwiej
radośnie gada
potrafi porwać

między falami głazie
przeszkadzasz
widziałam cię wczoraj
stawiałam uważnie
żeby przekroczyć

mosty w tobie skało
chłodne ręce
dziś ja chcę dotknąć

wyjrzana

bo jednak spadłam za okno podczas szukania zimy
a żadna ze mnie alicja więc marznę bez rękawiczek
siedzisz i tylko palcami trzepiesz w postaci popiołu
cygara obce tygrysy zwijane na udach murzynek

w kubku chcę kaloryfer wrzeszczę na ciebie zza ramy
kupuję naręcza młotków żeby spróbować się przebić
do wewnątrz ślad popielniczki za szybą udaje mi księżyc
to jak mam cholera być kotem choćby z wólczanki-cheschire

zawieszam zamiast uśmiechu to co zostało w zaniku
chyba tylko mój ogon krusze je ego na mrozie

z przyjacielem w mojej kuchni naprawiamy jego świat

naoliwiona śrubka gładko tylko w masło
w taboret trzeba wkręcać sterczeć rok i napierać siłą
mówisz pastwiąc się nad groźnym śrubokrętem

nie zdziałasz jednak więcej niż powolnym obrotem
raz po raz zgrzytając o strukturę wiórów
trzeszcząc mamroczę a ty krzyczysz na mnie
że po to jest gwint żeby się zanurzać wdzierać
aż zaskrzypi stołek mało się nie rozleci

wywijam młotkiem siedząc na kuchennym blacie
podaję ci kanapkę drugim uchem słuchając
bo wiesz, że po cichutku śmieję się tym pierwszym

dalej majtam nogami siedząc na kuchennym
podaję ci kanapkę mażąc palce masłem
słucham twych opowieści i następnej instrukcji

myślę o tej śrubce kiedy już łepek oprze
o lakier na powierzchni siedzenia nieco porysowany
znowu się pewnie okaże że gwint wylazł dołem
zawczasu gnam po narzędzia zacznie się piłowanie

***

powolnym obrotem
raz po raz zgrzytając o strukturę wiórów
naprawiamy

trzeszczy stołek
bo się nie da nic wkręcić klepiąc w głowę
młotkiem dlatego go zabieram i przynoszę
kanapkę z masłem i śrubokrętem

a ty się złościsz
koniecznie chcesz udowadnić że gwint musi
rozdzierać kaleczyć że to wielka siła
tylko że z drugiej strony

co wyjdzie trzeba piłować

***

przyjaciel wrzeszczy na stołek
ja idę po piłę
pierdolę takie naprawianie

przed

snuje dym na chodniku
stary Maciej a jego gołębie
włosy szamoczą się z wiatrem
i pod prąd

bo pełznie strumień kamaszków
botków pół i ćwierćbutów
pryskają na boki gołębie
kałuże uciekają maciejowe wąsy

summa summarum to nawet na dobre
wyjdzie że nowy rok taki ciepły
przyjaciele mu nie pozdychają
bo jeszcze na przykład do wczoraj
leżał tu jeden pies
a dziś samogon

świat się dziwi

joanna przygląda się światu
a świat patrzy na joannę
zaskoczony
bo robił coś zupełnie innego
a takie mu wyszło
dziwadło
i jeszcze nie wiadomo
co znowu wymyśli
to dziewczynisko

pół ptaka pół kawałek drzewa
o z tamtej rosochatej wierzby
rokita




Blanki

gałązka wierzby
wbita w gładką powierzchnię jeziora
rozpuszcza salicylowy sen

żeby nie uronić ani kawałka
świtu z jakim wstaję z trawy
rosnę ostrożnie wyjmuję z włosów
śpiące żuki suche gałązki
cały dolny świat

podnoszę na ramieniu ziewającą mandarynkę
i chłód znajduje do mnie wreszcie drogę

pierwsza zmarszczka na wodzie
zanurzam się pomarańczowo
za mną płynie dzień

wyliczanka dla Tomka

ryjówka z wzorkiem i ozorkiem
aksamitna
z łapką i pazurkiem
jak haczyk
na słowa za które zaczepiamy
huśtawkę
by pobujać

rozpaczliwie potrzebuję zimy

od dziś zaczynam myśleć na palcach
pomału jak na patyczkach dzieci.
takich co to się ustawia w domiki chałupki
studzienki żeby mogły w nich zamieszkać

kasztankowe ludki. tak wiem ładnieję
z tobą ale i bez ciebie też przychodzi ranek
(natura nocy zawsze staje ponad romantyzmem)
i z nami czy przeciwko nadal będzie kręcić

każda pora roku. na wiosnę wyrosną sukienki
do kolan mysie warkocze rozwiną się pierwsze
młode falbanki w rękawach. to później a dziś
czekam na śnieg. potrzebuję kołdry poduszki.
muszę pomyśleć

pasterka

pasę wołki zbożowe wzrokiem
popycham je kiedy
z mozołem przedzierają się
przez ziarno
po ziarnie

wielki świat spichlerza
dla drobiny w dodatku
niezbyt chcianej przez stwórcę
- rolnika Cześka

pasę wołki szepczę im
w wołkowe pokorne uszy
wyrwijcie się durne
za tymi deskami jest świat
i podrzucam im mniejsze
deszczułki trochę kuszę
a te swoje

- modlą się
jak ciele w malowane wrota
leżę na brzuchu podpieram
głowę łokciem kto jest właściwie
pasterzem?

fitografia

w topolowym liściu pamiętam
pomiędzy twoimi kartkami
zasuszone karmelitanki
słodkie i niewinnie blade
cóż wspomnienia się kruszą
nawet jeśli boso

przebiegają przez park
unosząc biały puch sukienkami
wprawiając w osłupienie
starsze strażniczki ogrodów
botanicznych - ławkowe panie

co wyglądają jak kukułki
z kapeluszowych zegarów
biją godziny

a ty zaśmiewasz się do łez
siedząc na jedynej ścieżce
za kładką

przez drzwi

pierdole nie robię! zakrzyknął do matki
a to nierób! odkrzyknęła mu z uczuciem

wracając do obyczaju zagniatania klusek
zgadzamy się na dziurki żeby przez nie zerkać

Narnia

no jasne, może być biała i biała nadzwyczajnie. powiedział
las za oknem, kiedy przedzierałam się przez szafę
w głowie.

jest inna. są bardzo różne, mają różny wzorek
odcinane od piersi, pod połową pleców
albo w pasie, z rąbkiem asymetrycznym i nie
na ramiączka cienkie, grube, rękawki,
z hafcikiem i bez, kopertowe oraz na guziczki.

jak szyszki spadają ci na głowę. wymruczał.
te wszystkie wzorki, riuszki, riszeliełki.

odkryj się. gorąco.

nad realnością

trzeszczą stawy w środku zimy. chciałam
usłyszeć ten dźwięk więc wychodzę
na skraj kuchni dalej boję się poruszyć.

lawina może runąć w każdej chwili.
posypią się jak karciany domek krzesła
mebelki dla lal spadną na nas klamki
pozbawione drzwi.

a tak można dryfować na skraju chodnika
ze wzorkiem wbitym w pasiasty wzrok
przyciskając do brzucha ręce zlepione
chlebowym ciastem.

ugniatanie buduje. zmęczenie kości.
to nie rzutka gra to dobrodziejstwo podpór
podpórek drabinek serwantek na bibeloty.

na krze staje na krze śle uśmiech za drzwi. za chwilę
wyłamuje ze złości palce. trzeszczą stawy

hodowlane wątpie

dość nieprzyjaźnie zachowują się moje hodowle
troszczę się. odżywiam. sprzątam domki.
otwieram. wietrzę. zamykam. chronię przed przeciągami

a one nie. one tylko nie. żadnej marchewki. żadnej
cytryny. aspiryny. chusteczki. siedzą naburmuszone
po kątach. każda w swoim pudełku.

pyskują. gryzą rękę która je karmi. nie chcą
pokazywać uśmiechu. nie chcą zrobić dzióbka.
pyska do fotografii. drapią gardło. kopią mnie w kolano
plują kaszką. kłamią. urządzają histerie

mam dość. krew z nosa. głowa owinięta watą.
czasem naprawdę trudno jest mi kochać.

10 i pół

po pierwsze nie kłamać
drugie nigdy nie mieszać trunków
(w ogóle się nie truć)

wolno nie być sobą ani szybko
ale tylko po przedstawieniu
odpowiedniego dokumentu
zaświadczenia że tak naprawdę
to się nigdy nie było

zrezygnować z kawy fajek
genialnych point na wieczorkach
przynajmniej właśnie wtedy
genialnych

szybko wynosić się z miejsc
na które mają ochotę obcy
i zawsze ale to zawsze prasować krawat

po kolejne nie skłaniać się
albo cholera się skłaniać
nie wydarzać i nie być
nie wydarzonym

zakrawać
nie na żarcie

drapanie

jeże mają spiczaste mordki
myślałbyś niemal ryjek zdradzający świństwo
jak trudne do wzięcia piguły (trudne do przełykania)

mają małe oczka świdrują nimi głębiej
niż najtwardszy wykręt lub zwinięta
w trąbkę szorstkość oddychania

jest sednem że są sednem kolce
wbrew pozorom są na szczęście
bo jak się taki najeży to czuć gdzie
tkwi i jest prościej wziąć widelec
i wydłubać diabła z gardła (znaczy jeża)
albo przynajmniej mu podrzucić
jakąś dżdżownicę do gryzienia (na zgryz)

bo jeże moi państwo nie jadają
(jak się powszechnie sądzi)
adamowych jabłek
nie urządzają zapasów

bezsenność

na dywaniku właśnie wschodzi kot
kręcą się kółka u zegara ja się kręcę gaszę niedopałek
światła firanki po innych pożarach. taka noc

pręgowana potrafi nieźle drapać dojrzeć doglądać
żeby zakwitły kołtuny kurzu pod szafami chcenie
żeby z kanapką skruszyć się na kanapie za nią
skoczyć przepaść popaść w czyjeś ramy. mrugnąć się



wszystko

Powiedz mi A a ja znajdę mu kontekst
taki który nas uspokoi. Dwie
drogi bo cofanie się jest inne niż powroty
-kierunek równoległy. A zupełnie w inne

strony prowadzi strumień nad nim wierzby łowią
włosy witki. Na suchych palcach błękitno
od ważek. mówię ci świtezianki i krzyczę to
w przestrzeń tam gdzie dopiero zaczynamy

[się].

gdzie się zaczyna i już nie wolno
skończyć. Rzeka dotyka wszystkiego co jej
na to pozwala. Głazy stają przeciwko nurtowi
ale też dają się zaokrąglić. Jak moje biodra

jak te wszystkie wieczory których było
tylko dwa i to nadal

pan Jasiek, drukarz, opisuje mi raj

będzie można wtedy żreć do woli
głośno pod pozorem cichości jak kwas
trawić każde wydłubane słowo przeżuwać

zlepki i fantomy- bo patrzcie oto historia
histeria na łamach prasy kiedy się
zaczyna istnieć jako zupełnie oddzielne

ja. w obrazach zdaniach zadawanych
gestach wśród pytajników będzie można
się przesiadać z jednego miejsca

na to samo ale bardziej zielone
i takie są łąki tam hen na halach

piosnecko pastuski

tako se ligawke na poletko niese
zeby zapitolić ponad ten łowiesek

ponad ten łowiesek ponad trawe sucho
zapitole z fujarecki az wam spuchnie ucho

bezsennie

gdy śni się
można chodzić boso
po ryżym ściernisku

można dotknąć kamienia
powiedzieć mu
skało oto ja
cię dotykam

jak chłodna woda
można też otworzyć
oczy
usta
nie śnić
robiąc to wszystko

przejścia

"Czemu się mnie z łatwością każda fala ima
bo się stałem równiną jałowym obrazem"
(D.Sokołowski)


góry schodzą w morze zanurzają
stopy mineralne żyły uśmiechy
żlebów dosięgają z tyłu głowy
taka wyspa wśród ludzi najbardziej samotna

są wewnątrz przejścia puste korytarze
których jeszcze nie drążyłam miejsca
bez latarni kiedy oglądasz się

-czy to naprawdę jest świat? słońce
granatowa substancja w niej wodozrosty
wewnętrzne wyjątkowe porozumienia
że się nie jest tak jak się nigdy nie było

właściwie

przeciwko zapachowi kocimiętki
nic nie zwojuje mistrz zen
więc pójdzie się wytarzać

nic w chłodnych liściach
nic w chrapliwym oddechu
mokre wąsy kota to jeszcze

jedna manifestacja

nie będzie burzy nad Budzyniem

(C.Serockiej)


chmury łamią się w pół mijają
możemy obejść przecież
z każdej strony dom
ogród kawałek sadu

deszcz nie robi szkody
jeśli jest jeśli
nie ma nie szkodzi
tym bardziej
istnieją gdzieś tam

wielkie obszary poddane
burzom gestowi
szybkiemu
światłu

u stóp katedry

(tusz i akwarela.2008)

Spoidło wielkie

za chwilę wszystko wróci
do swoich miejsc on ona ono do nisz
ekologicznych tam gdzie dom gdzie
najlepiej bezpieczniej i są okruchy
chleba. to już czas

zanim zdąży ukryć dłonie w rękawach
wróci. właśnie objęła kolana żeby jakoś
zapobiec rozsypce. podobno to co przykazane

będzie trwało. w jej głowie nadal powstają
ściany rośnie trawa i niezręcznie starzejąca jabłoń
to wszystko. za chwilę oddadzą
jej język. zamilknie most

delirycznie

ponieważ fale rozstąpiły się jak dwie fałdy
podczas gastrulacji czas i nam się rozstać nie zostawać nad
jak pędy fasoli zawijają się same tak i nam przychodzi
stroszyć wąs kręcić wokół narodzin kiedy już

wylosowane zestawienia dat i wszelkich potknięć
w trakcie chowu wsobnego uraz ans i kabansów do losu
łatwo się zanosić wszędzie tam gdzie można jak podanie
składać ciało albo własne żale płaczliwie w szkło

kieliszku nakryj się nakryj kopytami
to się nazywa fikołek po nim zawsze jest wstrząs

wyjście

chodź maleńki rozbudzimy w sobie
drzewa na przekór
rzece staniemy w miejscu niech
czas nas opływa niczego nie ruszajmy

nie idźmy nigdzie niech nas mija
będziemy
stać patrzeć pod stopy
uważniej nie wyrwiemy się z objęć
tych co wydrapują na korze
-nie odchodź

będziemy więc obok wiecznie nieobjęci
wiecznie zachwyceni bo głód jest doskonalszy
tak mówiłeś kiedy naprawdę głośno płakałam
maleńki

za Fanaberką

***
zawroty [haibun]

Na wysokości oczu i na wyciągnięcie dłoni

siedziała duża, brązowa sowa.

Patrzyła na mnie z uwagą. Słońce zachodziło i całe wieczorne piękno łęgu,

jego cisza i majestat, spływały z jesiennych drzew

i gromadziły się w jej posągowym ciele.


księżyc i sowa
pociągana przez drugą
ciemniejszą stronę

(Fanaberka)

**




sowa. na wyciągnięcie oczu
w wysokości dłoni siedzi

duża brązowa
z uwagą

patrzę jak spadają
w majestat łęgu sąsiedzi
drzewa ślepy księżyc

pociąga moje
wszystkie sznurki

druga strona







.

pierwiastek

"A serce popchnie ukochanego
aby ją ukoił moim ciałem"

ofiarowanie nie przychodzi
łagodnie - bierzemy
drapieżnie rzucamy
się na to co należy

do innych- nie nam
poduszka zamiast niej kamień
i chłodna pieśń kapłanki
która prowadzi nóż

żywa woda

srebrnie tak ulewliwie tak
na mnie zrzuca garście
opalizujących pereł
jedna za

drugą
pukają w ramię -nie używam
parasola i kaskady
chłodnych myśli
przylepiają mi sukienkę do ciała
ciepłego

tak
każdy wiersz się trwoni na darmo
bo ile mogę złapać w dłonie
z tych strug co po
skórze

zostaje tylko podnieść głowę
nabrać wody w usta rozważniej
wybierać złoto
lecz czy to nie zachłanne

tymczasem srebrna strużka
maluje joanny kształt na dziś
i na najsmutniejsze nawet jutro

ale

czy stojąc w deszczu wypada
wspominać o wilgoci
w moich oczach

(03.07.06)

Lulian

mój kot Lulian to wim że dobrze potrafi
wiersze pisać rymowe jak ten facet z Łodzi
nie pamiętam dokładnie jak facet się wabił
ale Kota Luliana mało facet obchodzi

Lulian woli biedronkom kwiatkiem za bukietem
chować się to i owszem wiązać raczej rzadko
walców także nie lubi walce są za ciężkie
woli pacać w świat miękko szarą bystrą łapką


(02.07.06)

przekora

w ekosystemie łóżka

funkcjonuje prawidłowo

jedyne ja, mój osobisty kot i poduszka


pod kołdrą zatrzaśniętą

rozkładam stare karty

nad losem czaruję by przez to

zrozumieć lepiej pchły

i zasady nowe

gier królewskich jakie mogą się przytrafić


razem z gumowym boczkiem

lekko obsuszonymtwoim grymasem

nie wybywam

szkodami poza mi tracić czasu

koleiny

wybierając sobie kolejny
pociąg do wędrówki
liczę najpierw uważnie wagony
czy zdążę wrócić ostatnim

już nie wsiadam w stacje otwierane na oścież
jakoś nie ufam zalotnym
okienkom z uprzejmą na zewnątrz fryzurą

pociąga mnie tamten żebrak
za sobą jak po sznurku
idę zostawiając
otwartą gębę na przydrożu

bocznica przewodnika
ma tyle ze świata
ile ja w całej mojej wędrówce
nie zmieszczę

na podwórku mojegoego

pyta mnie czasem
czy to mój egocentryzm a może bycie złym
człowiekiem stawia karty z domku na nosie

trawa to trawa
garść ziarna pod płotem
jest tylko garścią ziarna choć nosi
zalążek twego i mojego głodu

tak chcę odpowiadać
nie mierzę z ciekawskimi
jeszcze łatwiejszej drogi możliwości

rozpuszczony tlen
jest nieprzyswajalny
podobnie jak myśl rozcieńczona
i należałoby zrobić przerębel

proste narzędzia
jakkolwiek mało lubiane
mają łatwiejsze widoki na dziury
zrobione lepiej niż reaktor atomowy

staram się cofnąć za siebie
jeszcze raz obnosząc po ludziach
taki samotny kieliszek
może choć jeden udać toast do końca

wiersz równoległy o maku

ziarnko w otoczeniu miękkich tkanek
tak nie wiele
do oddania ale też i nabrać nie za bardzo
można żal w kąciku że się nie ma pomidora
lub melona. w środku

dziś jesteśmy niewidoczni
nie czekamy na siebie
pod drzwiami
nie psujemy zamków które nie chcą

się otwierać
ziarno maku- śnimy tylko baśnie
chcą wyszeptać gdzie

toczysz się
kochanie


*



(Wrocław.2008)

*



to już pękło, przedarło się i upadło.
więc pozostanie nam
ziarenko zamiast serca.
będzie małe, a my w środku
niewidoczni. mało będziemy mieli
do ofiarowania.
i przyjąć nie uda nam się wiele.
tylko w snach będziemy najbardziej,
zapamiętamy kim byliśmy
kiedyś.

niech to będzie ziarenko maku,
nawet nie poczujesz, że boli.





(Maximus)

odszepty

.

skryty mieścisz się obok
w drugiej kieszeni kiedy

wścieka się świat i ja

wrzeszczę złoszczę złuszczam
zewnętrzne warstwy przekleństw

ta histeria ma swoje nazwy-to uciekanie
ściągam twój wzrok łagodny na
mnie utulić nie łatwo. zwoje mózgowe
pracują przeciw a papirus
wrzeszczy nie za mną

interesuj się kiedy lecą jaskółki zajrzyj
w jerzyki wilgi i wilgotniej miedzy nami
przestrzeń miętowa i gniazda
które budują ptaki
młode

mówię kocham nie znam
Hagar

ostrożeń

kruchy listku z kolczastymi brzegami
piszę do ciebie warzywnie ostrożnie
prosto biegną myśli- dotknąć nie boleć

kiedy adam pana kusił żebrem
próbowały się stawać chwasty
mówić – niepotrzebne

znaki dotykania mówienie że jestem
i jest ewa ta niech jego będzie
bruzdy polne nasze i przydroża

miejsca ruderalne i nasypy piszę
do ciebie w gradzie w czarcim
kiedy tylko się wyznacza
granicę między można i nie chcę

kruchy listku ostrożnie
piszę


(21.09.07)

kornik

Ale nie lubię jak mi baba wtyka na siłę rękę pod łokieć

baśń ze środka

z za kątów oka podnosi się baśń
pleciona nie byle i byle
jak wiklinowa z miejscem na

niedomówienia czas żeby iść
po herbatę na to żeby poranki
były mądrzejsze do wieczora (a to
nie znaczy przyjemniej)

dobija się już do ścian drzwi
puka w dach usiłuje wślizgnąć
kominem w dymie zamieszkać

jeśli ją umieścisz za stołem
skłamie ucieknie zostawiając
pustkę w sercu
.

z podróży

trzask. zasieki. trzask trzask
kolczaste maliny. samice jeży. żony
kochanki pracownicy dróg i kolei. ujęcia.

kadry. spotykane ramki. antyramy.
pozy posegregowane w przedziałach
można wypadać a nawet chce się

nieźle wypaść. tak porządnie. po ludzku
nie da się lubić wszystkiego. wszystko
tym bardziej się nie da

rozsądnie migać

załamał się lód

no i uciekła. uciekła się cała
wyciekała mu przez palce. nie próbuj
mnie wyrównać złapać bo się nie daję

dotknąć- jestem zawsze sama.
choćby chcenie miało mnie przyciągać
jak magnes. odwracała kiedy on odwracał

spłaszczała końce. wyginała kąciki
ust w grymasy. uśmiechał się jeden
za drugim za drugą jedna zagracał

grał cały czas. groził zawaleniem
złamaniem. za i przed. zawsze o krok
do tyłu i w przód istniał jako kiedyś
to dlatego

Origami

cicho. mówiła. umiem godzinami siedzieć w pozycji
stojącej. niekoniecznie potrzebuję ruchu. szczególnie
kiedy jesteśmy we dwoje. usypiała mu u stóp
usypywała się jak piasek wokół zakazów
głośnych rozmów i kiedy rozbijał słowa

ciszej. słucham tylko wody. dlatego przechowuję
kran na półce. śmiała się gdy on się dziwił
nienaturalnej jego zdaniem manii zbierania. w dłonie

wysypała mu raz cały koszyk gwizdków.
powyciągaj te kulki. nie mogę znieść głosu wewnątrz
rosnącego grochu. dzisiaj muszę być spokojna.

trzymał ją mocno. zatrzymywał gdy chciała wychodzić
zabijał codziennie okna. a kiedy umierała z nimi
złościł się. już tam byłaś. i wbijał kolejną szpilkę
w mapę wiszącą w nogach łóżka. znaczył
po czym rozprostowywał skrzydła które uparcie składała

.







(28.02.07)

La w stokrociach

nad głową białe parasole – tyle mam lat
jeszcze do ciebie Barnabo. jest mnie ciągle za mało
wiec czy nauczysz jak rosnąć zanim się odczyta
koniec tej łąki? - można stworzyć

świat jeśli się gnie znaczenia
laleczko. wówczas odwraca się i rozpada
-wtedy wolno mieszkać na dnie
w dmuchawcu jak kula. czemu rozplotłaś?

wolę prosto śmieje się La
i drżą tysiące odbić


(foto. Oleńka)

ważki siadają na La

dźwięk skóry jest wyjątkowo wysoki
więc tak istnieją żarnowce
kiedy się nie opuszcza lasu i nie przekracza
granic pól - myśli laleczka gryząc końcówkę

trawy by dojść do początku.
a gdyby tak dać się na brzuchu
położyć i raz nie udawać krzaków

zanim to po myśli - już kwitną
rumieńce ramiona wzruszają słońce
i znów

La rozkłada wachlarz

są szerokie możliwości i możesz się podobać
wystukuje rytm nauczyciel flamenco ale łokcie
na zewnątrz laleczko. głowę trzymaj zawsze
uniesioną. to dziwne

czerwone wino ma smak zieleni myśli La
zagarniając fałdy spódnicy i ustępuje
miejsca oceanom

La rozprawia się z kropkami

chińska laleczka w przyciasnym ubranku kreśli
znaki. wyciągniętym jak najdalej językiem
podpiera myśli które zbiesiły się i krążą
nad prowincją Seczuan a niektóre toną w rzece
Jangcy. jak uczył ją pan Czen należy do kanonu

pisać powoli poznać siłę pędzelka i nie dać
dzikim pszczołom zakładać gniazd
pomiędzy ścianami z ryżowego papieru.
to takie okrutne myśli La i dodaje w to miejsce
własną interpunkcję. właśnie tam
gdzie nie położono kamieni

w lustrze

widzę korę – ma czerwony smak
farby. a gdyby ci tak obiecać
kolor oczu laleczko to jak
spełnić? La się waha

– lubię rzekę albo może to trawa
patrzy w górę. czy chciałbyś mnie
zatrzymać

(foto Zina (któraś zina) )

La czyta Naar

podobno wszystko można
w poznaniu. znawaniu się kiedy
czyta. słyszy (się) cytologia słów
cyt - blokowanie opcji laleczko.
rozsądniej byłoby mieć kanarka
(hodowlę bawełny?)

rozważa La na prawo i lewo szalki
są w zachwianiu teraz
równowagi. mi nie brakuje ale
to nie dziś nie tu. ten raz
jest wyjątkowy
niezwykły


Krwawnik

śnią ci się wilki moja laleczko
więc jednak to stado – mruczy
do siebie pszczeli pan rozkładając łodyżki

żeby wybierać trzeba podnieść
zajrzeć pod kamienie i rozkładać na czynniki
pierwsze. słyszę – macha ręką La
i wygląda oknem na ciemniejącą pasiekę
nie chcę przecież nikogo zostawić

cierpliwości

wygrywał z nią we wszystkie
możliwe gry – to tylko jeszcze jedna
forma bycia razem

pionki mają okrągłe podstawy
żeby dokończyć ruch - zamyśla się La
czy mogę obejść tę planszę?



bez tytułu

nagle robi się jasne i milknie słuchanie ptaków
zaczyna kapać jak groch najświętsza adrenalina
rozdziela na moje i wasze to co tak długo kleiłam
łapie za mordę i trzyma zamknięta kręcę się w kółko
(jak wtedy z mamą w kościele)

to nie strach przed śmiercią lecz przed rytuałem zbawienia
więc może nie dać się zbawiać za czasem udaję drzewo
stopy zagłębiam w podłoże macham na oślep rękami
pomiędzy wiatrem on wieje donikąd we wszystkich kierunkach

chcę mocno zrobić się mniejsza chcą nazwać ten stan kondensacją
zaprzeczam kurczę się lęgnąc jak śliwka marszczę na wierzchu
zasycham przytulam do pestki i może przejdzie nade mną

Widok subiektywny (na wiosnę)

błoto w grudkach bryłkach i perełkach. w damskich torebkach
jak złoto świecą kluczyki landrynkowe szminki i wstążki.

spakowały dziś w te swoje torebki stada trznadli.
roświergolone sikory. aż się prosi żeby gniazdka założyć
kiedy w nosie kręci od krótkich spódniczek kucyków
a niejednego hydraulika uwiodłaby taka ilość kolanek.

i żeby jeszcze widzieć to błoto. ale one w to błoto muszą
obcasik chusteczkę zgubić. pokazać rąbek staniczka
strzelić po oczach ramiączkiem. w pysk wiosną

naszyjnik

nigdzie nie dojeżdżam stoję w miejscu. już jadę
przebieram nóżkami. już jadę. pierdoli mi się świat
za każdym drzewem krzakiem. ja tylko stoję
i puchnę z bekiem wielka pani ropucha. więcej

pożytku, niż chęci dotknięcia że toto oddycha.
mały skarabeuszu moje rzeczy stygną zamieniają się
w półprzeźroczystą masę. zamieniają się miejscami
stygną nie eksplodują. nawet jeśli chcesz wyjść teraz.

inkluzja jest tak oczywista bo jest odkąd istnieją
morza. odkąd istnieje żywica dopóki będą owady
składane oczko po oczku będzie się ciągle zamykać.
będzie się nosić na szyi język zwinięty jak linę.


Beata

Marna z niej święta. Nawet nie zaliczyła żadnego
z czterech błogosławieństw, choć znaki mówiły
pierwszorzędnie. Solidne podstawy do opętania
szeregami cyfr i symboli. Garściami gubi słowa.
Kocha piasek,

*
najmniejsze ziarno ma swój czas i porządek,
w każdym jest dom, bo jeśli dotykasz
nisko przy ziemi, cienie maleją.

Milczeć prosto. Czy to możliwe?

Trudniej skończyć z obsesją
rozplątywania. Potrafi to każda
wariatka, więc wierzyła, że można
przemycić się w sobie.

*
Brzegi kryształów są ostre- to kwarc, myśli
jak ostrygi noszą w sobie zarodki. Perły. Czas
użyć noża. Dlatego nie wchodzi do kapliczek,
ma ciało pełne blizn po cudzych wierszach.

Warstwa 5 (egzosfera) - Poza

Pod moim sufitem brak witamin. Podobno taka przypadłość
w groszki niebieskie. Czerwone wpycham, kiedy nikt nie widzi,
do doniczki z bambusową palisadą. Tam mieszkają

miniaturowe tygrysy i stado z mojej wioski. Jeśli zechcę,
skończę im świat, bo mogę to wszystko o czym nie wiesz.
Potrafię nawet jeszcze więcej. Umiem kopać, nie jeść sałaty
(gdy tylko uda się powstrzymać mdłości) i odwrócić ślimaka.

Podkorowe zależności sprawiają ból, plączą supły, zataczają kręgi,
a ty nadal nie rozumiesz dlaczego zaciskam uszy na wyjątkowo lepkie słowa,
dlaczego krzyczę, przenoszę. Wokoło uśmiechnięte pyski. Cienie na ścianie.
Głośne wahadła. Goni mnie biały królik, ma czyjeś zęby, ale to nie starość.

To poza. Łatwo jest lubić puchate. Po cichu lubię łuski. Męczę dlatego, że umiem
pominąć prąd, omotać nim krzesło, na którym nie siedzisz. Aż zajarzy,
że mam skórę dzikiego jabłka i wiem że to nadmiar zieleni powoduje szpinak.

Warstwa 4 - Cerebralizacja

Nowotwór. Żarliwa wiara w komplementarność. Istnienie
mazgajstwa białkowych struktur. Dopuszczam możliwość
helisy, wodorowych pomostów, liczby Pi. Niedobór
krzemu, który tworzy stabilne podstawy, wyzwala
miękką śmierć. Wiotkość skóry. Gorączkowe dreszcze,

świadomość rytuałów. Narzędzia manipulacji. Kij
w mrowisko pani Pangei, bogini podzielonych
na miliardy zarodków, które potrzebują roślin
na wino, grzechotki, na sporządzanie kołysek,

hamaków. Sieci. Kiedy się budzę widzę najpierw piasek,
potem wiatr usypuje mi twarz boga. Zwierzęta.
Zostawia drabinę, żebym nie musiała używać
mięśni, a mimo to się siłuję z drobinami światła.

Ciągi liczb zostawia z kolei uczynny szatan. Ten
mnie pilnuje. Mówi zerkaj, zerkaj do wewnątrz.
Tam wciąż płynie magiczny strumień elektromagnetyki.
I to już nie przelewki, bo kiedy mówię drzewo,

widzę drzewo, na nim owady. Pamięć tkankowa. Widzę
plamy. Migoczą w rytmie pływów encefalografii
jak płatki pod powierzchnią powiek. Hałasują,
a ja nie mogę się oderwać. Wyrwać. Przykuta naczyniami.
Pajęczynówką, płynem pamiętającym struny. Pamiętającym
pieśni. Za głośno żeby się wylać

Warstwa 3- Fosylizacja

Osocze. Szczątkowe popłuczyny po symetrii.
Zanurzony do połowy czarny ślimak. Wątroba.
Wegiel, czysta sadza. Tlenowe resztki w dnie
zdychających płuc. Gęstnieje atmosfera

skład chemiczny dnia coraz łatwiej usypia. Każe
falować korpuskularnie. To nie panika, ale pani kara.
Chłód czwartorzędu, kolejnej ery świata skał, wody
i galarety. Dziwacznej geoidy wirującej jak bączek

w dziecinnym niepokoju. Otaczam się płatami skóry
zapisanej warstwami, po których pełzną znaczki
w kredzie. Pierwotne piktogramy. Armie drobnoustrojów. Ameby

organizują się w społeczeństwa a ja tego nie widzę,
bo nie chcę patrzeć. Wolę do wewnątrz w śliskość,
przyjemne ciepło nabłonków trzeciorzędowych
z migawką. Oko zatrzymuje świat i go wywraca.
W oczodole. Powolny obrót. Nadal glina. Czas
Belemnitella mucronata. Piorunowej strzałki.

Warstwa 2- Apoptoza

Dwa, trzy. Rozprzestrzeniają się gwiazdy.
Ekssymbioza, endosymbioza, śmierć komórki
w wyniku nadmiernego konsumowania.
Podaję ręce śpiewając swoje tralala,
bo nierychliwa, ale pani entropia ciągnie
do coraz to większej klatki,

a agora to tylko taki duży plac. Rynek.
Nie wiem czy warto handlować.
Tralala, tralala. Coraz donośniej, głośniej,
żeby tylko nie słyszeć pękania raz za razem
supernowych baloników.

To tylko duże ciała. Powtarzam. Duże ciała.
Ale syczą -podpowiada usłużnie on (ośrodkowy pająk )
Podobno sieć jest niezbędna do życia,

mimo to uciekam. Coraz gęstsza, głośniejsza.
Wkrótce światło przestanie mnie opuszczać
i namacalnie przybliża się piosneczka
Iskiereczka mruga. Popielnik.

Warstwa 1- Kręgowy

jest wewnątrz igła z metalu istnieje żeby oddychać
nie zawiera nie komplikuje daje prosty kompas
topornie łatwy do stawiania na ziemi

stopy jeśli przyjrzeć się uważnie to mosiądz i stal
mniej błyszczą niż chęć przebywania za oknem ale są
mocniej zimne i dlatego przy nich

grzeję ręce odwracając się tyłem do szyb jest na zewnątrz chęć
wirowania w środku piaskowy rdzeń który pamięta od pierwszego
ja ostatniego wczoraj dwa kierunki obrotu

robi mi się niedobrze na samą myśl mogę zwrócić odwrócić
za to nie mogę to zawsze biegnie w przód i dookoła ale czuwa
igła jedyna rzecz której na mnie zależy

nad

to wyjątkowość sprawia że utrzymują się
zasady. jest wyrwa w powietrzu
i wydostajemy rzeczy stamtąd stąd


z jeszce nie teraz albo to już
przestrzeń nad wszystkim co było
nagle spada i czuję się jak


kawałek metalu przez który
przeszła iskra na opuszkach palców
wyładowania ognie świętego Elma


w głowie jasność chwilowa
pewność że się jest przypadkiem
jednym niespodziewanym z zasady

zwrot

wszystko co ostatnio rysuję jest przywiązane jakby się bało
odlecieć poza pustkę. pani wierzbo wędrówki bywają niepogodne
niepodobne. chwytam gałęzie i przybijam gwoździem

wszystkie sznurki do kształtów które poznałam których
znowu dotknę. na szczycie tkwi chłodna gwiazda
jedna z tych co dopiero powstają dookoła ciało
po drzewie jakby w moje wewnątrz właśnie wmierał
pręt który miał się zmienić a nie umiał złamać

[REM]

śnię o kotach dziewczynko.
mają krecie mordki. śnię o ich futerkach
-włosy włoski na których zawisa

chytry plan wszechświata. z każdym razem
kiedy przychodzi możliwość potencjalna
rozpieprzenia wszystkiego (wielkiego bum)

kolejny nosek pojawia się u wylotu
czarnej dziury -lekkością musi więc
przewyższać światło. masa jest ściągana

dlatego wolno śnię. o ogonkach
zjeżonych na czubku wąsach sztywniejszych
niż zasady. fizyka. a właśnie
z zasady




po

o tak należy się po zbywać
nie do mówień i po równań
z niewiadomą przed rostków
dojrzewających w słońcu i po dzieleń.
po winno być jasno usłyszane

jasno ale z dodatkiem tajemni
cyt to bardzo trudne kłaść
dłonie na kamień i nie biorąc
hodować. wszystko

jest zmieszane drogi Wincencie
jesteś tylko zwykłą morską świnką
w czarne łapki. masz nazwisko

ale nie jasne po chodzenie które
spacerkiem na leży
i na raz

piszczenie

układać. składać mozolić się. liczyć
ślęczeć ślepić śledzić każde poruszenie ręki
wpatrywać się. jeszcze raz liczyć.
rymować nie rymować wściekać na psa
na kota żonę. dziwić się. pieprzyć to wszystko

nie chcieć iść na obiad. nawrzeszczeć
przejęzyczyć się. ugryźć w język
iść na ten obiad. gryźć paznokcie gryźć
pierogi. pierdolić gryźć a nie robić

liczyć w pamięci. stykać porównywać
pić kompot a mieć ochotę wylać
ten cały rabarbar na łeb. odstawić krzesło

nie chcieć teraz wbijać gwoździa
albo go przybić. rozwiązać nie rozumieć
nie być rozumianym. nie mieć chwili
świętego spokoju. zwymyślać zwichnąć. a
właśnie na złość

maska

ryżowej Lady Panic

jest jej siedem każda ma swój własny żywot
każdej można by coś zarzucić jak ręce na szyję
i tego właśnie pragną ale ręce to sznur uprząż nawet
jeśli rozwijasz z cienkiego kłębka. posiada na własność

migdał przekrojony na dwoje zielony jak bursztyn
na którego dnie zawsze śnią gwiazdy
. zawsze.
taki orzech wysypuje się tylko ostatni ostatni gaśnie
i rozpala kiedy jeszcze nikt o tym nie wie że chce

że chciałby by chciała. przysyłać jej łzawe bukiety
naręcza listów ponapełniać wszystkie wazony
i spełnić
flaszki i żeby mogła też nigdy nie posiadać
złego profilu na fotografii. żeby nareszcie

pękła żeby się rozprysła podzieliła na tych
co się najedzą do końca i takich co do syta
głodni będą stali. żeby wreszcie zamknęła oczy
gdy nie można znieść ani pozwolić królować.

łuk

musisz mnie dotknąć zdjąć warstwa po warstwie
wyginasz ten łuk we wszystkie strony tylko
że to nie elektryczność a raczej jesionowe drzewo
giętko tak się składa że nauczyłam się czytać
między symbolami więc mam ochotę rozdzielić

znaczenia od płynącej pod spodem treści pod ubraniem
tymi wszystkimi zwojami koronek kartek zakładam
bo od tego są zakładki że od tego miejsca zaczniesz

mnie czytać zanim się kiedyś zawali ów symbol
za którym można jeszcze schować dać omamić
złudzić złuszczyć łuska po łusce to już koniec
wystrzałowych sformułowań formuł musi być prosto

jasno trafnie to musi być strzała i musi mieć ostrze
ostrze musi dotknąć

listy na liściach (przewodnik)

popatrz kradnę twoje słowa. kręcę
z nich sznur i ucieknę. kiedyś

patrzyło się prościej teraz trzeba mówić
pisać kłaść na kozetkę. obecność
analityka- powie ci prawdę
ile masz lat i jaka tkwi w tobie maniera. blok

są zamki pełne dziurek po kluczach
i wież ale to nie tu (nie tutaj) nie patrz
na mnie jestem tylko powidokiem
przywiązanym do ram. moje
okna nie wychodzą na przestrzeń

mogę czytać nawet wspak - to nic
nie zmieni. ja naprawdę potrzebuję
zaklęć. zakląć zakręcić
kran z dotykaniem. odciąć
dopływ powietrza- może wtedy nastąpi
przeskok. iskra elektryczna otworzy
drogę. popłynie

prąd stały prąd zmienny -różnice
potencjałów warunkowane istnieniem
biegunów. ciągi przyczyn i skutków
wszystko się zwija w sznury
izolowane

rozdzielenie dna drugiego

oni wszyscy umrą szepnął i uciekł
się do ostatniego dotknięcia jakie mu zostało.

oczy często wracają w jeden punkt kontra
całej logice sprzecznej z rozsądkiem ale

po to jest czytanie dla niego działają sensory i nie chcę
teraz myśleć o śmierci jest krzemowa pamięć
nawet jeśli zabraknie obrazów będzie zawsze

żyło pod spodem będzie jak cegły kawałki
skał kruszywo zdolne wypełnić każde załamanie
w murze nie pozwoli pęknąć. w niego

się wbija korzenie i czeka aż będzie próbował
odwrócić kierunki. wtedy potrafię pozwolę
umiem się uchylać i kłaść we wskazane
ja umrę oni zostaną jak ślady w torfie.




(12.08.06)

Zupełnie proste rozwiązania

Mój kot to litera Bet-
drukowana gdy siada na wannie.
Zawsze mnie ciekawi,
co dano mu z mądrości Kabały.

Wpatrzy się w jakąś godzinę.
Dokąd podąża ta woda?
W wannie woda nie płynie,
mówię rozbawiona pytaniem.

A on mrużąc oczy
zupełnie nie po hebrajsku,
odpowiada. Głuptasie,
myślisz czasem o rurach?

taki to nektar

utopiłeś mnie w swoich pomysłach
proponując polanie wodą
w celu zlikwidowania ładunków strachu

czy dobrze że jesteś
zawsze dwuznacznie
choćby plazmą do mojej śmierci
albo twojego zawsze

pytasz kim jestem ja
piórem chcę pozostać odpowiadam
bo sama nie chcę nudzić się na głowie

razem odgniatamy poduszki w szafie
z góry dołu nie wolno
wołać pomocy

milczę jak stary pies zatrzaskując imię
pomiędzy drzwiami lodówki
którą się karmiliśmy jak miłością
podobno rzymską opacznie rozumianą

agresja odbija wszystkim
jakkolwiek nie byliby starzy
kupując na własność cudze tajemnice
stajemy się panami powtarzania słów
przez czyjeś zęby i szelest papierów

teraz zostanę niechętna odejdę pewnie na chwilę
nie z braku czasu ale dlatego że
moje pocałunki w zeszycie się marszczą

świty do zapłacenia

te poranki brakujące ciebie
jazgotliwym słońcem boleśnie
cierpkim jak wołowa krew w głębi
ściśniętego gardła

kolejny kubek nonszalacji rano
moje antidotum
na skoszoną trawę polne maki
gniazda jaskółek

chwytam się nowych ram okna
wariacko stąd wypatrzeć
która to już u ciebie wenus
odbita w horyzoncie

śniłam dzisiaj jaskrawo
księżycem twarzą jak srebrnik
modliłam łaskawą nieprawdę
że na chwilę przyświeci mars

szachy

moja i twoja noc
w nowiu
ja
zasłoną cień
zapadnią obosieczną
ty
pełnią
gdy gra
bajeczny chór koników

Skąd się biorą cynowe wiadra III

(wiersz dla Jacka Muchy)



Podstawiając pałąkowate przeszkody
uciekało przede mną wiadro
w czysty surrealizm

Zaczepiona za ramkę twojej wieży Babel
dyndałam niemożliwie, kalecząc
jednocześnie sto trzydzieści pięć języków.

Co ma wisieć- wisi, wesoło się roześmiałeś,
nie wymyślisz tu panna prochu.
bo wisząc na językach można stracić magię.

Z twojego powodu umiem teraz zamieniać w cynę
każde słowo i złoto.
Ciekawe co na to pismo? Na najnowsze przemiany?
-W kwestii oślich uszu, ono zawsze spada na cztery łapy.

przenośne porzucenie

już mnie nie chcesz dosięgać
szpetnie milczysz że gorycz
że oczy niebieskie
i że metaforycznie już mnie przeżułeś

skórka brzoskwini ciągle drętwieje
pod wędrującym palcem
wskazuje mi winy
owoców które właściwie jeszcze plamią ci policzki

bezbłędnie rozpoznajesz kryształy soli
umiesz wybrać popiół z grochu
tylko jednym oddechem
ale zaznaczasz że nadal usiłujesz być tu adamem

pole miki

przed złotonośnym polem
trudno dziś spotkać głupców
chętnie zebrałabym czterech lub siedmiu
zobacz córeczko
tak się nie je, tak się nie szczeka
tak się nie chadza do komunii
świętej

podnosząc pojedynczy kryształek miki
każdy tu mądry gdzie moi głupcy
pytam mamo od kogo będę się uczyć
jak się podrywa do lotu
jak szyje kaczkom buty z firanek
szydełkiem

odkrycie miki jest najwyższą próbą
popatrz córeczko nawet się nie starałaś
tak ładnie śpiewasz
w duecie niech pan tam wyżej nie głuszy
dzwonków na czapkach

o(s)kruchy spod stołu

gryzę suchary własnej głupoty
już prawie nauczyłam się latać
a teraz siedzę pod stołem
idiotka - latałam już prawie jak wiatr
wystarczyło tylko unosić równo skrzydła
ale głowę mieć pochyloną
więc w końcu wyrżnęłam łbem w gwiazdy
pycha nauczyła mnie pokory

Nie mam co na siebie włożyć

Nikt mi nie zajrzał do szafy
W żadnym wypadku,
nie zajrzał tam nikt.
To dlaczego, skąd ja nie mam sukienek?
Na pogodę, na życie, na nic?

Jak się teraz mam nie ubierać,
nie znaleźć w lustrze się mam?
Kiedy ktoś mi z niej nie wyszperał,
nie wyrzucił, ktoś zrobił nie-włam?

Siedzę gębą jak sowa nadęta,
łzy kraciaste mi kapią jak groch.
I nie-chętnie zatłukłabym szafę
gwoździkami, przynajmniej na rok

najkrótszy dzień w nocy

dwoma pieprzonymi dniami
nakazałeś mi początek i stop
nikt tak szybko jeszcze nie określił granic

no chodź
spłoszymy wszystkie wieszaki
trząśniemy teatrem za kołnierz
ja oplotę
boa z piór udami

tak kusi mnie ten wąż
w przebierankach chowasz
twarz za weneckimi lustrami

dla ciebie
ta jedyna rozebrała się noc

Moje cztery żywioły (Ogień)

Nakłamała mi pozłota na stole,
że rozmawiam tylko z emalią na garnkach.
Gdy z feniksem siedzieliśmy na świecy,
nogami machając do rytmu,
świeciliśmy na przemian na żółto
(ale czasem tez na niebiesko)

Feniks mówi – posłuchaj Joaśka.
Od machania nogami to tylko
można jajo znieść, a nie ogień rozpalić,
więc gdy wszedłeś nagle zdziwiony,
przestraszyłeś nas jeszcze nieletnich,
ale jeszcze też nie gorących.

Wrzasnął feniks jak kura, ja za nim
twarz rozdarłam czerwono i biało.
Więc ten ogień to bardziej z przestrachu,
niż z jakiegoś szczególnego powodu.
No i trzeba było jakoś te skrzydła
Feniksowe ostudzić i serce

To dlatego się potem rozpadłam
na kawałki gorącej czerwieni.
Rozszalałam i dom podpaliłam za szafą
Gdy mnie w końcu żar wypluł z komina
-zapomniałam i w popiół opadłam.
Lecz pamiętaj w jaju ciągle jest feniks.