za chwilę



za chwilę to znów się skończy
zapomni jak samolot zmazujący
budynki z krajobrazu albo
rozsypane kredki

za chwilę znów ktoś umrze
ktoś- powiemy – wielki
ktoś rozpierniczy jakąś małą
cząstkę świata (czyjegoś)

ziemia wybrzusza się i zagniata
jak matka zaczyniająca
ciasto na chleb
powszedni

ciało wyrasta w czas
i antybiotyk z pajęczej sieci
goi rany znów powstają
głupiutkie opowieści

nie problem w żadnych
tam pozach religiach
problem w tym
że się wciąż jednoczymy
a nadal obcy
jesteśmy

nareszcie zima



nareszcie zima spadł śnieg i całe mnóstwo
lodowych igieł przyszpila ptaki do śladów
spadł śnieg i mróz szczypie boleśnie
zajęcze wargi zajęcze uszy zajęcze łapki

na śniegu gwiazdy rozrysowane
przez samochody białe koronki
cierniowe na krzakach głodu w ogrodzie
i małe tęcze w lusterkach okien

pod dłonią zimne zimne poręcze

cisza



dlaczego chcę tyle powiedzieć że niemal pęknę
a kiedy usiłuje przemówić z mojego języka
schodzi jedynie cienka śliny nitka i  coś na kształt
cieniutkiego pisku

tłukę głową o ścianę niech pęknie jak orzech
wszystko jedno która okaże się słabsza
niech mnie albo wypuści albo się otworzy
to co sedymentuje w zakurzonych warstwach
kory

martwi mnie niemoc słowa cisza rozstrojona
która mnie nie otula a tylko rozbija
atom po atomie panoszy w neuronach

martwi mnie ta bezsilność i strach przed mówieniem
co niszczy żywą wciąż tkankę
kończy rozumienie

tragarz duchów



noc w pełni noc kiedy budzą się stwory
z kilku poprzednich dni i szarpią cię ostrym
snem – po co tu jesteś tak nieuśpiona weź się
zastanów jaka jest rola twoja dziewczynko
co przy cmentarzu masz dom – tragarz duchów
to nie istota to okoliczności co nie pozwalają
ci zasnąć kiedy cień jest w pokoju zaczyna kwilić
bardziej samotny niż ty i nieutulony
w żalu  tej nocy lecz ty się nie bój bo nic się nie stanie
weź cień za łapę i go zaprowadź pomiędzy drzewa
pomiędzy jasne kopczyki ziemi i wyszczerbione
kamienie czasu pomiędzy płatki zetlałych kwiatów
tam go pochowaj niech wróci do ziemi da się utulić
pomiędzy swymi